ON:

O „Young People Fucking”, w skrócie “YPF”, nie słyszałem nic. Przed seansem nie zaglądałem na żadne strony poświęcone kinu, ani nie oglądałem trailerów. W połowie seansu zdałem sobie sprawę z tego, że to nie może być kino amerykańskie lub angielskie. Humor w filmie jest po prostu za delikatny. Amerykanie pojechaliby po bandzie, Brytole zaś weszli by na wyżyny absurdu. Dlatego cały czas coś mi nie pasowało. Dopiero gdy podczas jednej ze scen „w tle” usłyszałem piosenkę „Young Galaxy” – „The Sun’s Coming Up And My Plane’s Going Down”, doznałem olśnienia – to musieli zrobić Kanadyjczycy. Skąd takie przypuszczenie? Po pierwsze: mimo „niegrzecznego tematu”, film był bardzo „grzeczny”, po drugie: nie spotkałem się z tym, aby wspomniany wcześniej kanadyjski zespół pojawił się w jakiejś europejskiej produkcji (oczywiście mogę się mylić).

“YPF” jest współczesną wersją „Wszystkiego co chcielibyście się dowiedzieć o sexie, ale baliście się zapytać”, obrazu z 1972 roku wyreżyserowanego przez Woody’ego Allena. Nie stawiam go na równi z klasykiem, ciężko trochę porównywać oba te dzieła, ale ich konstrukcja oraz poruszany temat jest bardzo podobny. W obu przypadkach jest to zbiór kilku niepowiązanych ze sobą opowieści na temat sexu. Allen skupiał się na zjawiskach takich jak zdrada, transwestyci, zoofilia itd., a tutaj mamy pięć różnych par, które chcą się kochać, a każda z tych historii ma mieć inną puentę i morał. Te krótkie opowieści przeplatają się ze sobą i w ten sposób poznajemy kolejnych bohaterów oraz ich problemy. Jest tutaj para przyjaciół, która postanawia wreszcie razem pójść do łóżka, ale cały czas idzie nie tak, to facet ma problem, gdy ona robi mu laskę, to znów ona nie może się bzykać do jakiejś piosenki, bo kojarzy się jej z byłym. Poznamy także małżeństwo, którego życie płciowe zdechło i zaczęło się rozkładać. Ponieważ im się nie układa, zaczynają rozmawiać o tym co ich kręci, co podnieca, a kończy się na tym, że żona zakłada pas z naganiaczem i ładuje go (różowego spiralnego) w tyłek ukochanego. Znajdzie się też opowieść o parze, która po rozstaniu postanawia się spotkać raz jeszcze. Wszystko jest jakieś takie dziwne, znają się i jednocześnie są cholernie daleko od siebie. Następna to opowiastka o kolesiu-jebace, który żadnej szparce nie przepuści. Spotyka się z kolejną dziewczyną i okazuje się, że trafił swój na swego. No i będzie jeszcze o parce, która bardzo chce do swojej sypialni zaprosić kogoś trzeciego, trafia na współlokatora, będącego bardzo hojnie obdarzonego przez naturę. Trójkącik jednak jest dość dziwaczny, gdyż kolega z pokoju obok posuwa dziewczynę, a w tym czasie jej facet trzepie sobie kapucyna.

Film nie jest męczący, lecz posiada momenty i historie, które wepchnięte są na siłę np. wątek spotkania byłych. Ponadto jest diabelnie przekoloryzowany. Rozumiem, że jest to zabieg specjalny, ale do mnie on nie przemówił. Było w „Young People Fucking” kilka momentów, które mnie rozśmieszyły, niestety, to za mało aby wywołać u mnie euforię. Problemem polega na tym, że „YPF” jest taki jak pijany menel, który obija się o ściany. Śmieszy raz, ale podczas dłuższej obserwacji po prostu zaczyna nudzić. Można, ale nie trzeba.

ONA:

„Young people fucking” to film, do którego podeszłam jak pies do jeża. Byłam pewna, że będzie to kino typu „amerykańska komedia dla nastolatków, ze sraniem, rzyganiem i bzykaniem”, a tu szok. Po pierwsze: ciężko to nazwać komedią. No chyba, że gorzką, to prędzej. Dla mnie to bardziej film obyczajowy, z kilkoma momentami. Po drugie: w tym filmie praktycznie nie ma muzyki, za to są dialogi. Po trzecie: bohaterowie są karykaturalni. Bez dwóch zdań. Niemniej, oglądałam go już kilka razy i skoro do niego wracam, to chyba nie jest aż tak tragiczny.

Historia kręci się wokół seksu i różnych osób. Całość podzielona jest na „podrozdziały”, które dotyczą kolejnych etapów pożycia, a my widzimy, jak różne pary do tego podchodzą. Zaczynamy typowo – małżeństwo. Ona przypomina jałówkę, on ma pełny pysk zębów. I im dłużej są po ślubie, tym ich pożycie jest coraz bardziej żałosne. Ona chce, on nie (o dziwo), a jak już jakimś cudem się do tego zabierają, to jest to sztampowe, zawsze takie samo. Nuda. I wtedy ona wpada na pomysł, żeby zamienić się rolami…

Druga para to przyjaciele. Właściwie niewiele ich dzieli, by zostali „friends with benefits”. Po prostu – żądza, chęć zrzucenia ciężaru z krzyża, czysto zwierzęcy popęd. A skoro natrafiają na samych debili i szmaty, czas coś z tym zrobić. Decydują się na wspólną noc, po której wiele rzeczy się zmieni…

Następni to tak zwani „The Exes”, czyli byli kochankowie. Sytuacja lekko dziwna, każdy to powie. Ale i takie numery się zdarzają, więc trzeba o nich wspomnieć. Spotkanie po czasie okazuje się być dobrym pretekstem, żeby wylądować w łóżku. Bo i niby wszystko wiemy, ale jednak, trochę czasu minęło i pewne rzeczy się zmieniły.

Dalej mamy pierwszorandkowców. Akurat w przypadku tej pary, widzimy kolesia, z udawanym akcentem i szalikiem, który słynie z tego, że wyrywa towary i jego pięknooką potencjalną kochankę, która na pierwszy rzut oka jest głupiutka. Ale jak się okazuje, trafiła kosa na… KOSĘ!

Ostatni duet to nie duet, tylko trio. Wszystko kręci się w obrębie jednego mieszkania, zatem mamy do czynienia z współlokatorami. Dwóch kolesi dzieli jedną przestrzeń. Jeden jest dziwny, a drugi nieco nadpobudliwy i wyposażony w całkiem ładną dziewczynę. I pewnego dnia para postanawia spełnić swoją fantazję, zapraszając kolegę do trójkąta, ale dość dziwnego.

Z mojego punktu widzenia wygląda to następująco. Małżeństwo jawi się według mnie w podobnych barwach, ale mam nadzieję, że to tylko bezsensowny stereotyp. Natomiast jeśli chodzi o sam wątek, to jest on jednym z gorszych w YPF. Nie mogłam patrzeć na aktorów, poważnie. Irytowałam się momentalnie i chociaż wiem, że irytacja to moje drugie imię, to sceny z małżonkami zabijały. W przypadku kumpli długo zastanawiałam się skąd znam kobietę. I bam, już wiem. Był taki serial, „Asy z klasy” czy coś. I ona tam grała jedną z głównych ról. A dzięki temu, że ma dziwną twarzy i brwi bardziej, gdzieś to wspomnienie utkwiło. To z kolei jeden z śmieszniejszych momentów. Jeśli chodzi o eksów, to umierałam z nudy. Poważnie. Ale laska ma niezłe mieszkanie i kieliszki, więc skupiałam się na tym. Pierwszorandkowcy okazali się zaskakujący, głównie przez bohaterkę. Utarcie nosa cwaniakowi to coś, o czym marzy większość osób. A ona do tego miała piękne oczęta i uroczą buzię. Panowie z kolei bez wątpienia zwrócą uwagę na to, że to jedyna „cycata” bohaterka. Na koniec śmietanka. Trójkącik z parą. Dziwny, bardzo dziwny. Ona i on. I on. I podczas gdy współlokator dokonuje aktu, koleś siedzi z przekąską na fotelu, wankuje ile wlezie i podpatruje, rzucając co jakiś czas jakąś sugestią. Ale jak on to robi! Zgłaszam oficjalną propozycję, by ten wątek rozszerzyć do pełnowymiarowego filmu!

Całkiem ciekawe dzieło z tego wyszło. Takie „Everything you always to know about sex…” naszych czasów. Można obejrzeć, można skonfrontować filmowy stereotyp z własnymi doświadczeniami.