ONA:
Porucznik Frank Drebin, w ciele Lesliego Nielsena, to nie tylko „klasyk” jeśli chodzi o bohaterów filmów komediowych, ale to przede wszystkim gwarancja odmóżdżenia i uśmiania się do rozpuku przy jednej z najlepszych, absurdalnie farsowych produkcji, jakie kiedykolwiek nakręcono.
Zaczynamy od tajnej konferencji niebezpiecznych przywódców-terrorystów, która odbywa się gdzieś na Bliskim Wschodzie. Poza ochotą na wysadzenie „w luft” Stanów, panów łączy również to, że mają coś dziwnego na głowie. Jeden ma jakąś plamkę, inny zwiniętą rurę od odkurzacza, jeszcze inny wściekło-pomarańczowego irokeza, ale bez nazwisk, bo wyjdzie, że szerzę nienawiść na tle rasowo-pochodzeniowym. I podczas gdy przywódcy knują, nagle z ukrycia wychodzi Drebin z Wydziału Specjalnego i rozpędza całe towarzystwo. To wydarzenie przyniesie mu chwałę i podziw. I trudno się dziwić, że zaraz po tym otrzymuje kolejną misję. Ma chronić królową Elżbietę, która „wpadała” z wizytą do jego miasta. Oczywiście, nie może być zbyt prosto. Ktoś czyha na życie monarchini, więc Frank będzie miał dużo pracy. Nikczemnym złoczyńcom okazuje się biznesmen Vincent Ludwig (Ricardo Montalban), który wyposażony w nowinki technologiczne i apetyczną asystentkę (Priscilla Presley) chce pokonać policjanta. Jego główną bronią jest przede wszystkim Jane. Ma ona uwieść Franka i wszelkimi możliwymi sposobami odwrócić jego uwagę od królowej, by w tym czasie ktoś mógł na spokojnie dokonać zamachu. Wiadomo, sex & przemoc. Drebin oczywiście z miejsca traci głowę dla blondyny i od razu się w niej zakochuje. Mówi jej: „Nareszcie spotkałem kogoś, kogo mogę kochać prawdziwą, czystą miłością, bez urządzeń pomocniczych”. Niestety, sielanka nie trwa długo, bowiem smrodek w końcu zaczyna się unosić. Pytanie brzmi: czy Frank udaremni zamach i uratuje królową? No i jak się potoczą jego sprawy miłosne?
„Naga broń: z akt Wydziału Specjalnego” to komedia przez duże K. Jest totalnie odrealniona i abstrakcyjna, ma w sobie ogromne dawki chamskiego i momentami ciężkiego humoru, ale przynajmniej nikt nie sili się na nazywanie jej ambitnej. Nie, ona nie ma nic wspólnego z ambicją. Ona za to rewelacyjnie bawi, bo gagi i teksty, które padają w tym filmie – psują głowę. Scenariusz jest w tym wypadku nic nie znaczącą błahostką, aktorzy są wątpliwej jakości (oczywiście poza Nielsenem), bo już samo obsadzenie Priscilli P. świadczy o tym, że nie zależy nam na aktorskim dramatyzmie, a na przeroście formy nad treścią. Ale twórcy, którzy bardzo lubują się w tego typu historiach komediowych (David Zucker ma na sumieniu takie dzieła jak „Czy leci z nami pilot?”, „Straszny film 3”) postawili na totalny pastisz i jedną wielką śmiechawę z całego policyjno-sensacyjnego kina, w niekoniecznie dobrym guście. Ale „de gustibus non est disputandum”…
Nie wydaje mi się, żeby w cywilizowanym świecie były jeszcze jednostki, które nie znają przygód Franka Derbina. Ba, śmiem twierdzić, że gdzieś w amazońskiej puszczy, w której telewizor i magnetowid ma wyłącznie szaman plemienia, „Naga broń” jest punktem obowiązkowym podczas każdych świąt i różnych okoliczności.
Moim zdaniem to jedna z lepszych komedii, które kiedykolwiek powstały.
ON:
Są takie komedie, których nie trzeba reklamować. Mówisz komuś tytuł i od raz słyszysz: “No jasne, że oglądałem!” Szkoda tylko, że jest ich jak na lekarstwo, ale z drugiej strony, jak by było ich za wiele, to by można było pęknąć ze śmiechu. Kolejne absurdalne dialogi oraz sceny pozwalają rozluźnić się nam do granic możliwości, co za tym idzie – bawić w najlepsze. Do grona takich dzieł zaliczam „Nagą broń”. Ten tytuł jest najlepszym przykładem na to, że nie wielkie budżety i bardzo znani aktorzy tworzą świetne kino. Wystarczy mieć trochę pomysłu, głowę na karku i ogromną dawkę głupiego poczucia humoru, a przepis na sukces mamy w kieszeni.
Porucznik Frank Drebin (Leslie Nielsen) jest gliną z kategorii tych najlepszych. Jak zagnie parol na bandziora to nie ma „ …ja we wsi” i na pewno go dopadnie. Posłuży się wszelkimi dostępnymi środkami, aby tylko dopiąć celu. Na początku filmu poznajemy go, gdy robi małą jatkę na zebraniu największych dyktatorów naszego świata, którzy chcą dokopać USA. Drebin nie patyczkując się spuszcza wszystkim łomot i z tarczą wraca do Stanów. Tam na miejscu czeka go komitet powitalny, a także nowe zadanie. Będzie ochraniał królową Elżbietę, która zaszczyci miasto swoją obecnością. Aby nie było za prosto, to ktoś czyha na życie monarchini. Frank będzie musiał dojść do tego kto ma zamiar wykończyć staruszkę. Na celowniku pojawia się biznesmen i koneser sztuki Vincent Ludwig. Jest on w posiadaniu niebezpiecznego urządzenia, które może zamienić każdą, nawet najspokojniejszą osobę, w bezwzględnego zabójcę. Niestety, nie będzie łatwo dobrać się do tyłka przestępcy, ponieważ broni go w „sexowny sposób” jego asystentka, Jane Spencer. Kobieta ta w kilka sekund potrafi sobie obwinąć faceta koło palca i tak też się stało z porucznikiem. Strzała amora trafiła go w wora! Czy z głowa pełną ponętnej blondyny będzie w stanie sprzeciwić się Ludwigowi i udaremnić zamach na życie królowej? Sprawdźcie.
„Naga broń” to dla mnie pierwszą, poza „Czy leci z nami pilot”, komedią z prawdziwego zdarzenia. Tu nie ma miejsca na kompromisy, gdyż każda scena wręcz urywa tyłek. Poziom „brutalności” dowcipu jest ogromny i poniewiera za każdym razem, niezależnie czy jest to nasz pierwszy, czy też piętnasty seans. Swoją drogą, reżyser David Zucker ma na swoim koncie jeszcze kilka całkiem niezłych filmów komediowych, które są warte uwagi. Jeśli zaś chcecie więcej porucznika Franka Dreblina to odpalcie sobie „Nagą broń 2 i 1/2” oraz „Nagą broń 33 i 1/3”, bo one także trzymają ten absurdalny poziom.
