Funny Farm

ON:

Kilka miesięcy temu Paulina puściła mi „Skarbonkę” z Tomem Hanksem i gdzieś w mojej głowie zaświtało, że widziałem już podobną historyjkę. Nie była ona identyczna, ale także skupiała się na ucieczce na wieś, do wymarzonego domku, gdzie życie ułoży się od nowa. Tak właśnie pomyśleli Andy i Elizabeth Farmer.

Utarł się taki stereotyp, że autor ucieka na wieś, aby napisać nowe, wspaniałe dzieło. Tak było w „Lśnieniu”, „Alanie Wake’u”, tak jest także w „Wesołym Domku”. Właściwie, to ja też powinienem napisać jakiś bestseller, bo w końcu “przekludziłem” się na śląską wieś. Ale jeśli pomyślę sobie co może mi się przydarzyć, to warto odpuścić. Tak czy inaczej, małżeństwo Farmerów także miało swój pomysł na życie. Andy dostał 10 tysi zaliczki na poczet jego książki i w spokoju chciał skupić się na tworzeniu. Niestety, nie wszystko idzie po ich myśli. Wpierw kolesie od przeprowadzek gubią drogę i meble przyjeżdżają dobę później, później okazuje się, że nie ma obiecanego telefonu, a jak w końcu się pojawia, jest automatem na żetony, lokalny listonosz jest niczym struś Pędziwiatr, a szeryf jeździ taksówką, bo nie ma prawa jazdy. Ogólnie lokalna społeczność nie jest zbytnio pozytywnie nastawiona do przyjezdnych, ale jest to trochę wina Andy’ego, który czasem wprowadza za dużo chaosu w swoje działania. Dość łatwo zrazić do siebie kolejne osoby, gdy się odgrywa wielkomiejskiego pana. I tak mieszkanie w spokojnym domku staje się ogromnym wyzwaniem, z jakim nie do końca idzie sobie poradzić. Dodatkowo Andy ma ogromne problemy z pisaniem, a jego klika rozdziałów książki okazuje się nieczytalnym gniotem. Brak weny pisarza jest odwrotnie proporcjonalny do natchnienia, jakie wstąpiło w Elizabeth. W czasie gdy on w mękach płodzi kolejne strony, ona jednym machnięciem ołówka tworzy wspaniały świat, który zostaje doceniony przez wydawnictwo. Ten kop w męskie ego doprowadza do kłótni, a także do sprawy rozwodowej, ale czy to idealne małżeństwo naprawdę tego chce? Widocznie tak, bo postanawiają sprzedać ten wymarzony domek, a sąsiedzi postanawiają im pomóc w tym przedsięwzięciu. Czy im się uda?

„Wesoły domek” to kino lekkie i przyjemne. Praktycznie w każdej scenie znajdziemy komiczny element, Chevy sprawdza się genialnie w kolejnej komediowej roli. Jego ogromną zaletą jest umiejętność wcielenia się w zwykłego faceta, który na głowie ma miliony problemów i spraw. To już klasyka i czasem warto do niej wrócić.

ONA:

Muszę przyznać, że nasz „Tydzień z komediami z lat 80-tych” okazał się rewelacyjnym sposobem na codzienne przepracowanie. Wieczorem kładziemy się do łóżka albo lądujemy na kanapie, pies spokojnie śpi, a my mamy dziewięćdziesiąt, no, może sto minut totalnej beztroski intelektualnej. Co prawda Dawid wczoraj poległ, zasypiając na siedząco, ale co tam.

Kolejny wieczór, kolejny film. Wczoraj rozpracowaliśmy „Wesoły/Rozkoszny domek” z Chevy Chasem w roli byłego dziennikarza sportowego, który wraz ze swoją małżowniką postanowił przeprowadzić się z miejskiej dżungli na wieś. Zawsze mnie zastanawiało jak to jest. Jakie są oczekiwania mieszkańca wsi, który ucieka do miasta i odwrotnie – wielkomiejskiego zwierza, który ląduje w „dziczy”. Tą drugą sytuację obrazuje George Roy Hill w swoim ostatnim filmie (swoją drogą, ciekawe dlaczego w 1988 roku spłodził ostatnie dzieło)…

Jak już wspomniałam, Elizabeth i Andy przenoszą się na prowincję. Ich nadzieje dotyczące „nowego” życia są ogromne. Przede wszystkim w przypadku głównego bohatera. Na wsi chce znaleźć czas, siłę i wenę, by napisać powieść. Marzy mu się również założenie gniazda i rozmnażanie się w tempie iście króliczym. Dom, w którym Farmerowie zamieszkali, jest przepiękny. Z dala od ludzi i zgiełku, w otoczeniu natury. Małżeństwo ma blisko las, stawik z kaczkami. Na drzewie mieszkają ptaki – no po prostu jest bosko i błogo. To wszystko dodatkowo ich nakręca. Ale nie jest tak cudownie, jak by mogło się wydawać na pierwszy rzut oka. Elizabeth ciągle atakują jakieś robale, a Andy, zamiast w naturze odnaleźć wenę, zaczyna się coraz bardziej przez nią irytować. Ich listonoszem jest psychopatyczny pijak, a reszta mieszkańców miasteczka jest co najmniej dziwna. Ale pan Farmer dalej próbuje podsycać lekko przygaszoną już radość. Gdy jego żona „narzeka”, on ciągle jej powtarza „Pomyśl o pierwszych osadnikach, którzy nie mieli telefonu/ryćkali się na podłodze/spali pod gołym niebem/myli się w lodowatej wodzie”. Niestety, problemy dopiero się zaczną. Najpierw Elizabeth wykopuje w ogródku trumnę, potem Andy wyławia z jeziora węża. A już totalny kryzys pojawił się gdy w rocznicę podarował on ukochanej kilka pierwszych rozdziałów swojej powieści. Co się okazało – w opinii Elizabeth książka była totalnym badziewiem, które powinno zostać spalone! Andy jest załamany. Na domiar złego wychodzi na jaw, że jego ślubna „w wolnej chwili” coś tam sobie bazgrała w notatniku i tym sposobem stworzyła świetną historyjkę o zwierzątkach. Zainspirowała ją wypchana wiewiórka i jej własny mąż. Wysłała swój rękopis do pierwszego lepszego wydawnictwa, a tam się zachwycili. Oj, męska duma została niezwykle urażona…

Najczęściej ten film porównuje się z genialną „Skarbonką” z  młodym Tomaszem Hankowiczem w roli głównej, ale tak de facto, to dwa zupełnie różne filmy. Łączy ich jedynie to, że „nadzieja”, związana z przeprowadzką, zdycha dosyć szybko, kończąc się w sposób spektakularny i nie biorąc ze sobą jeńców, czyli w obu przypadkach związków. Obie komedie są prześwietne, totalnie zabawne, z rewelacyjnie obsadzonymi głównymi męskimi rolami (bo niestety, panie są przeciętnej i urody, i talentu) i właśnie z powodu Hanksa (w przypadku „Skarbonki”), jak i  Chase’ya (w „Domku”) warto oba filmy obejrzeć.

Księżniczka:

Autor: Marudy

Podziel się postem
468 ad