ON:

Jeśli chcecie emocji, zawrotów głowy i niestrawności, to wystarczy, że przejdziecie się do lunaparku. Na kolejce górskiej otrzymacie wszystkie te rzeczy. Będziecie krzyczeć, będzie was mdlić i na koniec zdyszani nie do końca będziecie wiedzieć co się wydarzyło i dlaczego świat stanął na głowie. Takie emocje możecie także otrzymać jeśli zasiądziecie przed telewizorem i odpalicie „Blue Velvet” Davida Lyncha. Ojciec „Głowy do wycierania”, która zgwałciła moją osobowość i później jeszcze na nią nasikała, postanowił dać nam kolejne, pełne symboli i podtekstów, dzieło. Narodziło się ono w jego pokręconym umyśle.

Wszystko zaczyna się tak niewinnie. Chciałoby się rzec, że wręcz sielankowo. Widzimy bowiem piękne niebo, zieloną trawę, śliczne domki na przedmieściu, obrazy wręcz relaksujące. W tych bajkowych wręcz kadrach pojawi się człowiek, który chwyci się za szyję, upada, straci przytomność. Nie do końca wiemy dlaczego. Co mu się stało? Umarł? Po chwili mamy najazd kamery na trawę, zbliżamy się do niej, jeszcze bliżej i bliżej, aż docieramy do brudnej ziemi, robactwa, przeplatających się i ocierających o siebie glist. To pierwszy z Lynchowskich symboli. Pod warstwą piękna, codziennego życia leżą ogromne pokłady zepsucia i brudu, robaków, którymi są ludzie. Paplamy się we własnym gównie, w czterech ścianach naszych domów mężowie biją żony, kobiety zdradzają facetów, dzieciaki ćpają, ale w niedzielę wszyscy idą ramię w ramię na popołudniową mszę. Na tej drugiej (zepsutej) płaszczyźnie pojawia się nasz bohater – Jeffrey Beaumont. Młody mężczyzna podczas spaceru znajduje odcięte ludzkie ucho. Sprawę zgłasza na policję, ale postanawia, że nie zostawi jej samej sobie i zaczyna się angażować w rozwiązanie zagadki skrawka ludzkiego ciała. W prywatnym śledztwie pomaga mu Sandy Williams, córka policyjnego detektywa. Jej motywy nie są nam do końca znane, a ich relacje są dość dziwne, czasem przeplatane erotycznym napięciem i miłosnym wręcz uniesieniem. Dzięki wspólnym wysiłkom docierają do śpiewaczki Dorothy Vallens. Kobieta ta związana jest z niejakim Frankiem Boothem, mężczyzną nieobliczalnym, psychopatycznym, myślącym tylko o przemocy i seksie. Śledztwo Jeffrey’a powoduje, iż wtapia się on coraz to bardziej w mroczny półświatek składający się ze śpiewaczki, Franka i osób z ich otoczenia. Każda z postaci, jaka przewija się przez ten teatr abstrakcji, jest jeszcze bardziej zakręcona niżby się nam wydawało. Lynch wypuszcza ze swojej głowy wszystkie demony, jakie mógł sobie wyobrazić. Nie wiem czy największym oszołomem w całej opowieści jest psychopatyczny Booth, ze swoim aparatem tlenowym, agresją, sadyzmem i psychodelią, czy też może sam reżyser. To przecież on wymyślił i stworzył tę historię, budując ją kawałek po kawałku z cegieł, jakie znajdowały się w jego umyśle. Nigdy nie będziemy pewni czy któraś z postaci nie jest jego alter ego. Lynch w pewnej chwili zaczyna kpić sobie z widza. Zagadka, jaką chciał rozwiązać główny bohater, spadła gdzieś na drugą, a może i trzecią pozycję. W końcu dostaniemy odpowiedź, ale czy będzie ona dla nas wystarczająca?

Opowieść twórcy skupia się na ciągotach każdej ludzkiej istoty, do moralnego zepsucia, do zakazanego owocu przemocy, sexu i zdrady. Tytułowy „błękitny aksamit” jest rzeczą, która nie będzie się nam dobrze kojarzyła. To niby tylko kawałek materiału, ale jakiego… Całość zalatuje lekkim surrealizmem, nie jest to poziom jaki widzieliśmy w „Głowie do wycierania”, ale zbliżamy się do tego uczucia, jakie nam towarzyszy po szybkiej jeździe wspomnianą na początku kolejką górską.

Kino dla koneserów, ciężkie z ukrytym przesłaniem, pełne symboli. Jeśli kochacie Lyncha to coś dla Was.

ONA:

Macie czasami tak, że śnią się wam jakieś totalne głupoty, psychodeliczne koszmary i mimo, że wiecie, że to wam się wyłącznie śni, za cholerę nie umiecie się obudzić? Jak tak, jeśli kiedykolwiek się to komuś przytrafiło, to bez wątpienia będzie mógł porównać ten stan z „Blue Velvet” Davida Lyncha.

Twórczości pana L. nie znam za dobrze. To nie mój klimat zupełnie. Moi przodkowie siedzieli na trybunach w Koloseum i krzyczeli „Chleba i igrzysk” (ja teraz krzyczę „Wybuchów, pościgów i spektakularności! Więcej Bay’a!!!”). Kino dziwne i inne na ogół mnie męczy. „Blue Velvet” oglądałam w dawkach przez trzy dni. Obawiam się, że gdybym zaparła się i chciała łyknąć całość na raz, groziłoby mi zadławienie…

Wszystko zaczyna się od dziwnego wydarzenia w ogrodzie Beaumontów. Ni stąd, ni zowąd, na idealnie zieloną trawę upada starszawy mężczyzna. Koniec sekwencji. Potem widzimy młodego chłopaka, który łazi sobie po łące. Jeffrey (Kyle MacLachan) jest synem faceta, który „zasłabł” w ogrodzie i tak snując się bez celu znajduje wśród zielonych ździebeł odcięte ludzkie ucho. Postanawia zabrać znalezisko i zanieś je na najbliższy posterunek, niech tam zajmą się tym fachowcy. Cóż, prawda jest taka, że najlepiej dla niego byłoby, gdyby w ogóle nie pojawiał się na tej łące. Jeffrey wplątuje się bowiem w mega psycho-patologiczną rozgrywkę, w której wszystkie karty rozdaje niejaki Frank Booth (Dennis Hopper). Jest to brutal i do tego zdrowo PIERDOLNIĘTY maniak. Jest on zupełnym przeciwieństwem młodego chłopaka, którego amatorskie śledztwo na temat odciętego ucha, prowadzi przez piękną, sensualną piosenkarkę Dorothy Vallens (Isabella Rossellini), która też ma solidne kłopoty, przez detektywa Williamsa i jego apetyczną i niewinną córkę Sandy, przez całą masę różnych, mniej lub bardziej pokręconych jednostek. Każda zdroworozsądkowa osoba odpuściłaby szybko, ale nie młody Beaumont. On coraz bardziej brnie w intrygę, zatracając się przy okazji w niej (i w piosenkarce). Prawda jest taka, że jego to fascynowało… Miał na wyciągnięcie ręki wszystko to, co jest dziwne, złe, brudne i co jednocześnie tak bardzo przyciąga. Odkrywamy ten świat niewinnymi rękami Jeffrey’a.

Nie sposób zauważyć, że film stworzony jest na zasadzie biegunowości. Mamy tu dobro, które miesza się ze złem, seks z niewinnością, śmierć z życiem. Są bohaterowie pozytywni i inni – skrajnie negatywni. Ale to tak de facto historia wyłącznie z dwiema postaciami: w jednym narożniku Jeffrey. W drugim: Frank. Właśnie… Frank. To on jest „tym popieprzonym”, który ma dziwne ciągoty, który klnie, terroryzuje i męczy. Przyznam szczerze, że za każdym razem, kiedy wpadał w swój „szał”, ja z niesmakiem patrzyłam na monitor. A scena seksu pomiędzy nim a Dorothy była chyba najbardziej karykaturalną formą zbliżenia, jaka została kiedykolwiek nakręcona. Niemniej w tej całej dziwności, którą serwuje nam Lynch jest coś pierwotnego, coś co zaciekawia i powstrzymuje nas żebyśmy jednak porzucili oglądanie „Blue Velvet” na korzyść „Familiady”…

Czy mi się podobał? Szczerze? Nie za bardzo. Męczyła mnie i fabuła, i aktorzy, który byli tak strasznie przerysowani, że głowa mała. Całość jest podana w bardzo estetyczny i przyciągający uwagę sposób i może na pierwszy rzut oka to co napisałam wzajemnie się wyklucza, ale – tak moim zdaniem jest. Może wrócę kiedyś do tego dzieła w bardziej spokojnym okresie mojego życia, bowiem ja tej filmowej metafory chyba nie rozumiem.