ONA:
„Nie było obietnic, więc nie było mowy o ich łamaniu”
Zmuszanie Dawida do oglądania tego filmu byłoby tak samo bolesne, jak zmuszanie mnie do oglądania „twardego” sci-fi i skończyłoby się tak, że jedna strona sika po nogach, a druga kpi. A poza tym, on jeszcze nie wykopał się ze swojej pracy i zakładanie mu kinematograficznego kajdana nie byłoby zbyt rozsądne. Dziś o prezydencie i jego kochance, o królu i królowej, a wszystko osadzone w przepięknych latach 30-tych – i to na faktach (typowa kombinacja, która zabija każdego samca).
Franklin D. Roosvelt (Bill Murray) stoi (chociaż w przypadku tego schorowanego dziadeczka do zbyt duże słowo – dosłownie) na czele jednego z największych światowych mocarstw, ma apodyktyczną matkę, wyzwoloną życiowo i seksualnie żonę (która woli towarzystwo innych kobiet, niż własnego ślubnego) i wojnę na karku. Na życzenie własnej rodzicielki, do rezydencji zostaje zaproszona jakaś ich daleka krewna – Margaret, którą wszyscy zwą Daisy i która ma dotrzymywać schorowanemu człowiekowi towarzystwa. I jak to bywa w życiu, że towarzyszka staje się kochanką, a mimo dojrzałego wieku obu stron, budzi się w nich młodzieńcze uczucie, pełne pasji, romantycznych uniesień i marzeń. Pada wiele słów, na które każda kobieta, niezależnie od wieku, czeka, kochankowie snują wizje wspólnego starzenia się, ale co z tego, jak to nic więcej jak fantazja, tajemnica bez pokrycia. I dokładnie w tym samym czasie w wiejskiej posiadłości Roosveltów mają pojawić się monarchowie ze Zjednoczonego Królestwa: jąkający się Bertie i jego żona Elżbieta. I wyobraźcie sobie tę totalnie powściągliwą, pruderyjną parę, która żyje wyłącznie według etykiety, królewskich zasad, w domu absolutnej „rozpusty”, gdzie żona siedzi przy stole z kochanką, bo od towarzystwa własnego męża woli lizanie patelni na całego. I dodajcie do tego hot dogi.
Po genialnym „Jak zostać królem” tematyka związana z Jerzym VI i jego żoną Elżbietą, zaczęła być bardzo popularna. Ale niestety, film Toma Hoopera z Colinem Firthem, Geoffreyem Rush’em i Heleną Bonham Carter w zderzeniu z produkcją Rogera Michella jest niczym crashtest grubej, zbrojonej i betonowej ściany z trabantem. „Weekend z królem” to film płaski i nudny, przegadany, z kilkoma zrywami emocjonalnymi, typowymi dla bab, który jest niczym innym jak obyczajowo-romantyczną historią o tym, że miłość nawet w pewnym wieku może się pojawić, ale również o tym, że poza uczuciem ważny jest też pragmatyzm i zdefiniowanie oczekiwań swoich i wybranki/wybranka serca. To jest klucz do sukcesu, a nie jakieś tam ckliwe dreptanie po rosie, w blasku księżyca. Jedynym dla mnie wartościowym wątkiem w tej produkcji, jest zestawienie typowo monarchistycznej, brytyjskiej konserwy, która jest na wskroś sztampowa i poprawna, z hednonistyczno-otwartym życiem, które prowadziła prezydencka rodzina. Bez oszukiwania, bez utartego szablonu – po prostu ludzie, którzy wybrali inną, alternatywną ścieżkę i też chcą, by była ona akceptowana. To mi się podobało, bo ja również mam inne niż wszyscy plany na przyszłość, tą bliższą i tą dalszą.
Film jest nierówny, ekstremalnie słabo wyważony, a elementy dramatyczne i komediowe mieszają się w dość nieznośny sposób. Co z tego, że jest świetnie zagrany, że scenografie wypełniające kadry cieszą oczy, jak to się po prostu kupy nie trzyma. Panowie – jeśli macie wybór, lepiej popracujcie te niecałe 100 minut dłużej.
