Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Trance

ONA:

Danny Boyle to twórca moim zdaniem bardzo nierówny i ja mam problem z określeniem go w wyłącznie jeden sposób. Z jego dzieł chyba najbardziej spodobało mi się „127 godzin”, ale już „Slumdog” mnie zabił za pomocą znudzenia. Chyba najgorsze, co można zarzucić temu reżyserowi to to, że nie do końca potrafi utrzymać zainteresowanie fabułą, a także to, że najwyraźniej sam gubi się w swoich wizjach i klasycznym przykładem potwierdzającym jest jego ostatnie dzieło – „Trans”, czyli miks dramatu, kryminału i thrillera, który jest o niczym innym jak o hipnozie.

Zaczęło się nieźle. Od tak zwanej „dupy strony” poznajemy kulisy działania domów aukcyjnych, ale nie w momentach chwały i triumfu, tylko gdy należy stosować procedury w przypadku zagrożenia kradzieżą. Nikt nie ma tu na myśli chronienia jakiegoś bohomazu za 100 tysi, tylko takich za ponad 20 milionów. Simon (James McAvoy) jest odpowiedzialny właśnie za to, że gdy tylko pojawi się jakiś problem, on w mig zabiera najcenniejsze dzieło i ma go ukryć w bezpiecznym miejscu. Jak łatwo można się domyśleć – taka sytuacja pojawi się w filmie bardzo szybko, a klasycznym czarnym charakterem jest Franck (Vincent Cassel i jego nos), który ostrzy kły na bezcenny obraz Goi. Konfrontacja między panami kończy się tak, że Simon leży pobity, a Franck ma samą ramę. Gdzie do kurczaka jest obraz?! Ostatnią osobą, która miała dzieło „w całości” był właśnie Simon. A on leży z amnezją w szpitalu. Tu może pomóc jedynie hipnoza, a to już sprawa dla apetycznej Elizabeth (Rosario Dawson).

„Trans” psuje głowę ciągłym zaskakiwaniem widza, bo to, co wydaje nam się czarne, nagle staje się białe i zupełnie odwrotnie. Ofiara jest zamieszana w kradzież, a wszystkim steruje jeszcze ktoś inny. Nie wiemy komu kibicować, bo to nieustannie się zmienia. Nie wiemy kto w kim jest zakochany, bo jak już podejrzewamy kto z kim zaczął wymieniać płyny ustrojowe, nagle pojawia się zupełnie inny wątek. A finał jest szczytem zamotania (nie wspominając już o tym, że dla takich sceptyków jak ja – jest totalną bujdą na resorach i zahacza o sci-fi, a nie „współczesny” dramat). Mi ten film podobał się mniej więcej do pierwszego zaskoczenia. Potem czułam się jak na karuzeli, a jak ktoś ma chorobę lokomocyjną i lęk wysokości w jednym, to powinien omijać takie atrakcje. Łudziłam się, że będzie to dzieło zahaczające o „Kod da Vinci”, z lekką domieszką „Incepcji” i fajnego kina złodziejaszkowego, a wyszło nudząco i nawet wymyślne techniki hipnozy nie pomogły. Niemniej Dawson w roli hipnotyzolożki działa nawet przez ekran – można paść ze znudzenia (ale potem laska świeci broszką, więc jest szansa na ocucenie).

To nie jest tak, że żałuję, że obejrzałam to dzieło, niemniej wątpię, bym jeszcze kiedyś po niego sięgnęła.

ON:

Przyznam się bez bicia – pojerdoliłem filmy. Cały czas myśląc, że mam do czynienia z Iluzją, oglądałem Trans, czyli nowe dzieło Danny’ego Boyle’a. Po seansie stwierdzam, że nawet świetni reżyserzy mają słabsze dni. Danny miał. To, co miało być mocną stroną tej produkcji, stało się jej piętą Achillesową. Hipnoza jako „bohater” pojawiała się już wiele razy we współczesnym kinie, ale ilość zwrotów akcji, jakie wsadzili tutaj scenarzyści, jest wprost makabryczna. Gdy już myślimy, że wiemy i kto, i co, i jak, dostajemy w pysk i całą układankę musimy układać od nowa. Tylko, że po trzecim, czy czwartym razie mamy już dość i po prostu czekamy na koniec.

Wszystko zaczyna się od procedur, jak powinny podczas napadu zachować osoby, które pracują w domach aukcyjnych. Wiadomo, dzieła, które tam się sprzedaje, są warte ciężkie miliony i naprawdę trzeba mieć jaja, aby w chwili, gdy bandzior przystawia ci lufę do skroni ratować obraz wart kilka baniek. Simon (James McAvoy) ma takowe jaja, bo bierze pod pachę wart naście milionów funtów obraz i w obstawie dwóch bysiorów udaje się do znajdującej się na tyłach domu skrytki. Niestety, nie udaje mu się dotrzeć na miejsce, bowiem u celu czeka na niego Franck (Vincent Cassel). Bandyta uzbrojony w strzelbę raczej nie przyszedł tutaj na herbatkę. Dochodzi do szamotaniny, podczas której Simon zostaje ranny w głowę i ląduje w szpitalu. Lokalne media robią z niego swego rodzaju bohatera, ale nie jest to prawdą, gdyż bardzo szybko okaże się, że obaj panowie byli w zmowie. Niestety, jest problem, bo w torbie wyniesionej przez Francka z domu aukcyjnego nie było obrazu, a ranny w głowę mężczyzna zaczął cierpieć na amnezję i za cholerę nie potrafi przypomnieć sobie gdzie jest płótno. W tej chwili na scenę wchodzi trzecia strona tejże historii, a mianowicie piękna pani psycholog, czy psychiatra (nigdy nie rozróżniam), która za pomocą hipnozy ma pomóc Simonowi w odzyskaniu pamięci. Zaczynają się więc cykliczne spotkania. Lekarka dość szybko dochodzi do tego z kim ma do czynienia i także stara się załapać na część kasy, jaka pojawi się, gdy już odnajdą i sprzedadzą obraz. Wszystko wydaje się świetnie, tyle, że jest nudno. Kolejne seanse hipnotyczne, romans z pacjentem, wzajemne oszukiwanie się i kombinowanie. Ktoś kiedyś powiedział, że: tajemnicy może strzec troje ludzi, z czego dwoje musi być martwych. Te słowa są kwintesencją tego filmu, tyle, że finał nie zaskakuje tak, jak powinien. Szkoda, bo zmarnowano ogromny potencjał.

Mam nadzieję, że w najbliższym czasie przyjdzie mi obejrzeć wspomnianą Iluzję i nie zawiodę się ja na Transie. Szkoda tylko, że Boyle podpisuje się pod tą produkcją. Właściwie, to nie jego winą jest, że scenariusz jest na siłę udziwniany przez scenarzystów. Tak czy inaczej, można sobie odpuścić.