ONA:

Moim zdaniem zawód to jedna z najgorszych rzeczy, jaką może doświadczyć człowiek. Nie jest ważne, czy zawodzisz się na kimś, czy na czymś – to podobny poziom niekomfortu, na którym nam wszystkim przecież zależy. W ciągu ostatnich kilku wieczorów dopadał mnie taki zawód, który do tego pogłębiał się coraz bardziej. Już Wam wyjaśniam dlaczego.

W kwietniu na marudzeniu pojawiła się recenzja pewnej książki. To była naprawdę wyjątkowa pozycja, bo nie dość, że moja recenzja wylądowała w newsletterze wydawnictwa, co dla naszego bloga było ogromnym wyróżnieniem, to jeszcze moja prywatna lista pozycji, które są warte przeczytania, powiększyła się o kolejną. Była to „Szmaragdowa tablica” Carli Montero. Ta książka zawiera wszystko to, co mi się podoba najbardziej. Wciągała, pięknie rysowała rzeczywistość za pomocą słów, dawała do myślenia i budziła emocje. Syndrom „ostatniego rozdziału” dopadł mnie tak mocno, że potrafiłam do wschodu słońca siedzieć i z zapartym tchem wertować kolejne strony, by potem zdrzemnąć się na dwie godziny i zacząć normalny dzień. Ale „Szmaragdowa tablica” nie była pierwszą powieścią autorki. Napisała ona jeszcze „Wiedeńską grę”, na którą ostrzyłam sobie zęby dość długo. I kiedy wreszcie znalazłam czas, by zatopić się w lekturze, moje oczekiwania były gargantuiczne. Gargantuiczny okazał się również zawód, bo literacki debiut Montero jest po prostu słaby.

Cała historia zaczyna się na początku XIX wieku i przyznam szczerze – prolog mnie zafascynował. Miałam ogromną nadzieję, że pozostałe setki stron będą równie smaczne, dynamiczne i wciągające. Rozumiem, że powieść musi się rozkręcić, musi nabrać tempa, a czytelnika wprowadzić w swój świat. Tu tak się dzieje przez blisko trzysta stron, bowiem z ręką na sercu – tylko sama końcówka była w miarę intrygująca. Reszta… No cóż.

Ale wróćmy do fabuły. XIX wiek, świat jeszcze nie wie, że lada moment wybuchnie wojna. Jakieś tam napięcia są, ale po co się tym przejmować. Ludzie w tamtych czasach, szczególnie, gdy należeli do wyższych sfer, mieli inne problemy. Naszą główną bohaterką jest Isabel, która stoi na życiowym zakręcie, a jakże. Traci rodziców, majątek, a przed samym ślubem wystawia ją narzeczony. I wtedy pomocną dłoń wyciąga jej ciotka, naturalnie bardzo wpływowa i bogata. Drugą bardzo istotną w opowieści osobą, jest Karel. Zarówno ona, jak i on prowadzą całą narrację, pozwalając nam zerkać na sytuacje z dwóch punktów widzenia. Ale to nadal nie wszystko! Podczas podróży życie Isabel zaczyna być coraz bardziej hmmm… dziwne. Dziwne zbiegi okoliczności, dziwne wydarzenia, dziwni ludzie. Tajemnica niby się zapętla, tylko to zapętlenie przypomina sukcesywnie pęczniejący kołtun.

Podobno są tu jakieś wątki szpiegowskie. No przyznam szczerze, że były one banalne. Wiedeń w tytule zwodzi na manowce – autorka sięga do typowych, oklepanych miejsc, które próbuje opisać pięknymi słowami, a całość przypomina mi zachwyt nad ponownym wynalezieniem koła. Strasznie irytowała mnie ta podwójna narracja, a sama bohaterka jest typem kobiety, za którym ja nie przepadam.

Oczekiwania były ogromne. Zawód, po przeczytaniu książki – też.