ONA:
Jeśli mówię „Film Martina Scorsese” myślę:
– film długi, na bank mający ok. 160 minut;
– film z Leo DiCaprio
– film dobry, perfekcyjnie wykonany, wciągający.
Z nieukrywaną radością nadrabiam wszystkie zaległości filmowe, które od lat przekładałam na „kiedyś tam”. To „kiedyś tam” nadeszło, a my spędziliśmy wieczór w Nowym Jorku sprzed kilkuset lat. W XIX wieku Nowy Jork nie był metropolią, która nigdy nie zasypia. Był prężnie rozwijającą się mieściną, do której przybywali imigranci w poszukiwaniu nowego życia. Był miejscem skorumpowanym, niebezpiecznym, rządzącym przez ludzi wpływowych. No źle się zaczyna dziać. Do tego wszystkiego dochodzi wojna, która jeszcze bardziej skłóca mieszkańców. Miastem rządzą gangi i bezprawie. Są jakieś tam zasady, ale one przypominają bardziej przepychanki między wpływami i siłą, niż coś, co nazwać można by było kodeksem. To, co dzieje się w tamtym miejscu, jest wręcz groteskowe i przerażające. I po wielu latach nieobecności to tego piekielnego zaułka wraca Amsterdam Vallon (Leonardo DiCaprio). Jego powrót ma konkretny cel – chce zemścić się na Williamie Cuttingu (Daniel Day Lewis), który w gangsterskich kuluarach nazywany jest Billem Rzeźnikiem. Dlaczego? Ano przed wielu laty przeciwko sobie stanęły dwa gangi: jeden dowodzony przez Rzeźnika, a drugi przez ojca Amsterdama – księdza Vallona (Liam Neeson). Vallon ginie, a mały chłopczyk poprzysięga zemstę. I wraca po 15 latach. Jego plan jest cwany i przebiegły. Amsterdam pragnie zbliżyć się do Cuttinga, zdobyć jego zaufanie i zadać cios, który będzie ostateczny… I wtedy poznaje Jenny (Cameron Diaz), która jest kobietą równie inteligentną, co piękną i niebezpieczną… I z równie problemową przeszłością, jak on.
Vendetta, którą pragnie zrobić młody Vallon, pokrywa się z coraz większym napięciem w mieście. Oddech wojny secesyjnej powoli dochodzi do mieszkańców i granic Nowego Jorku. Już za chwilę rozpęta się tu prawdziwe piekło, a z ludzi wyjdzie największy syf…
„Gangi…” to film, w którym mamy wiele wątków, ale te najgłówniejsze są proste do wyłapania. Jest tu trochę tajemnicy, trochę starych zaszłości i mnóstwo bieżących problemów, które narastają w zastraszającym tempie. I przerażające jest to, że te wydarzenia naprawdę miały miejsce… Scorsese świetnie manewruje takimi historiami, łącząc fakty ze swoim wyobrażeniem. To jego styl, to jego sposób na zachwycanie. I co z tego, że można by uogólnić i powiedzieć, że większość jego filmów jest na jedno kopyto. No można, jeśli się ktoś uprze. Ale to nadal nie odbiera im poziomu i ogólnej zajebistości, która wylewa się z kolejnych scen. Jeśli miałabym uczepić się czegoś, to dla mnie długość jego filmów jest nie do zniesienia. Ale wszystko inne – dobór aktorów, scenariusz, scenografie i kostiumy, muzyka i udźwiękowienie, montaż – to klasa, sam szczyt hollywoodzkich produkcji.
To jeden z tych filmów, który trzeba przynajmniej raz w życiu zobaczyć.
ON:
Zastanawiam się jakim cudem nie widziałem wcześniej „Gangów Nowego Jorku”. Przegapiłem dzieło, które zrobiło na mnie naprawdę ogromne wrażenie. Nie wiem ile prawdy było w opowiadanej historii, ale nawet jeśli część była fikcją, to zrobioną z ogromnym rozmachem. Reżyserowi Martinowi Scorsese zarzucono zbędny patos oraz przerost formy nad treścią, a same „Gangi” przegrały wyścig do Oscarów z „Chicago”.
Czy ten film, jest aż tak zły? Nie, to dzieło wyjątkowe, ale wydaje mi się, że bardzo niedocenione. Możliwe, że trochę za sprawą scenariusza, a trochę za sprawą gry aktorskiej. Na pewno „Gangi Nowego Jorku” potrafią zachwycić scenografią oraz kostiumami. Widać dbałość o szczegóły, a o samym procesie tworzenia krąży po sieci wiele anegdot i plotek. Co zatem jest takiego w tym obrazie, że ja jestem bardzo zaskoczony? Przede wszystkim prawdziwe postacie i awanturnicza, zawadiacka wręcz przygoda.
W XIX wieku Wielkie Jabłko wyglądało inaczej niż teraz. Walczące o władzę nad miastem gangi posuwały się do wszystkiego, by tylko trzymać wszystkich za jaja. Film otwiera sekwencja walki dwóch grup. Jedną dowodzi Bill “Rzeźnik” Cutting, a drugą Irlandczyk – Ksiądz Vallon. Krwawa jatka zbiera wiele ofiar, między innymi Vallona. Świadkiem całego zajścia był kilkuletni syn klechy. Pokonane króliki kulą ogon, a maluch ląduje na 15 lat w sierocińcu.
Mija te 15 lat. Za drzwi sierocińca wychodzi młodzieniec, który ma tylko jeden cel – pomścić ojca. Aby dostać się w pobliże Rzeźnika, trzeba być jednym z jego ludzi. Los chce, aby tak się stało i z biegiem upływającego czasu młody staje się zaufanym bandyty. W między czasie będziemy mieli okazję poznać Jenny Everdeane, młodą złodziejkę, która z niejednego pieca chleb jadła. Od początku widać żar, jaki pojawia się między młodym i rudą panią. Opowieść Martina Scorsese płynie swoim tempem – nie za wolnym, nie za szybkim. Niestety, cała historia jest przewidywalna i nie potrafi zaskoczyć. W pewnym momencie po prostu zgadywaliśmy co będzie działo się dalej. W schemacie, który otrzymujemy, musi być miejsce na śmierć, zdradę, zemstę, romans i miłość. Wszystkie te elementy dzieją się na tle wydarzeń historycznych, ważnych dla niejednego Amerykanina.
O tym, czy podwaliny Nowego Jorku wyglądały właśnie w ten sposób, ciężko mi powiedzieć, ponieważ nie interesowała mnie nigdy ta historia USA, ale na pewno wersja opowiedziana w tym dziele potrafi zaskoczyć i zaprzeć dech w piersi. Scorsese lubi tworzyć kino majestatyczne, pełne naprawdę wyjątkowych postaci i trzeba przyznać, że i tym razem jest podobnie. Warto poświęcić trzy godziny na śledzenie historii Amsterdama Vallona i Billa “Rzeźnika” Cuttinga.
