ONA:
I pomyśleć, że kawał tak rewelacyjnego kina przeszedłby mi koło nosa!
Podczas luźnej rozmowy przy herbatce, moja dobra funfela opowiadała mi o filmie, który widziała niedawno i który totalnie się jej podobał. Oczy jej błyszczały, wyrzucała z siebie kolejne przymiotniki, których zadaniem było podbicie zajebistości tego tytułu, aż w końcu zdradziła co to jest, o czym i kto tu gra. Różne problemy zawodowo-prywatne zepchnęły jednak moje myślenie na inny tor i zapomniałam sobie o tym filmie. No i wczoraj wieczorem padło typowe dla nas pytanie: „Co dziś oglądamy?”. Zaproponowałam film, który poleciła mi właśnie ta znajoma i który jakimś cudem mi się przypomniał. Dawid niechętnie do tego podszedł. Stwierdził, że już go widział i że był taki se. I już pawie odpuściłam na korzyść „Silent Hill”, mój mężczyzna stwierdził, że właściwie może go raz jeszcze przemęczyć. Podejrzewam dlaczego. Pogooglił sobie gamoń i stwierdził, że albo mylił filmy, albo nie obejrzał go całego, o ile w ogóle go widział. Ale to facet, zbyt ochoczo do błędu się nie przyzna, chociaż…
Dobra. Dosyć tajemnic. Rok 2007, za kamerą Bruce A. Evans (którego chyba ten film wykończył, bo już nic nowego od tego czasu nie spłodził), w roli głównej Kevin Costner, czyli tytułowy „Mr Brooks”.
Earl (Costner) nie jest zwykłym facetem. Jest właścicielem sporej firmy, jest bogaty, wpływowy, właśnie otrzymał tytuł „Człowieka Roku”. Ma piękny dom, całkiem nieźle trzymającą się jeszcze żonę, córkę gdzieś na uniwersytecie i… wielką, niebezpieczną tajemnicę. Otóż Earl jest uzależniony, ale takie rzeczy jak wóda, dragi, sex czy hazard są zwykłymi błahostkami. Nasz bohater jest uzależniony od zabijania. Moment, którym ładuje kulkę w ciało jego ofiary, jest dla niego szczytową przyjemnością. On jest świadom tego, że robi coś strasznego, ale cóż – popędy są silniejsze. Jednak od dwóch lat nie zabija. Nie jest to zbyt łatwe, szczególnie, gdy za uszami ciągle truje mu Marshall (William Hurt) – czyli alter ego głównego bohatera. To on namawia go do złego, to on podrzuca mi pomysły, w końcu to on nim steruje. Ale mimo wszystko panowie są kumplami. Tak wiem, dziwnie to brzmi, ale w filmie ta postać ma sens. I kto czai się poza Marshallem za plecami Earla? Otóż piękna pani detektyw, Tracy Atwood (Demi Moore), która co prawda jeszcze nie wie, kim jest tajemniczy morderca, ale tropi go od wielu lat. Właściwie, chyba się ucieszyła, że po dwóch latach milczenia znowu mimochodem pojawił się w jej życiu. Ale tym razem Mr Brooks popełnił błąd. Dotąd działał jak w szwajcarskim zegarku. Nie zostawiał po sobie żadnych śladów – totalnie perfekcyjny morderca. Tym razem nie zauważył, że okno nie było zasłonięte. Tak bardzo pragnął zabić, że zapomniał o swojej własnej podstawowej zasadzie. Oczywiście, szybko okazuje się, że wykorzystał to sąsiad z naprzeciwka i tu pojawia się nowa twarz – pan Smith (Dane Cook), któremu ta cała zabawa w zabijanie szalenie się spodobała. Smith pragnie, by Brooks pokazał mu jak to się robi, inaczej go wsypie. Nie zapominajmy o pani detektyw! Ale żeby było mało, nagle w rezydencji Brooksów pojawia córka Earla, Jane (Danielle Panabaker), która stwierdza, że rzuca szkołę i chce pracować w firmie ojca. No i skrywa pewną tajemnicę, ale nic więcej nie dodam.
Dużo wątków, prawda? Ale mimo to – film ogląda się REWELACYJNIE! On trzyma za gardło do samego końca, a kiedy już zostały ostatnie minuty, z Twojej paszczy tak samo z siebie wychodzi „Osz kurczaczku!!!” Uwielbiam takie kino. Uwielbiam tą perfekcyjność w prowadzeniu wszystkich wątków, które oczywiście w końcu połączą się w jeden, solidny. Uwielbiam tajemnice, które wyjawiane są dopiero na chwilę przed napisami końcowymi. Ale pomijając rewelacyjną fabułę, ten film jest też świetnie zagrany. Costner, Hurt i Moore to starzy wyjadacze, których kariery już nieco przycichły, ale poziom dalej urywa zad.
Zastanawiam się jakim cudem ten film nie zrobił jakieś mega gigantycznej furory. On jest najzwyczajniej w świecie niedoceniony. I jeśli ktoś go jeszcze nie widział, to serdecznie polecam Wam tą produkcję, bo poza klimatem morderczo-psychologicznym, mamy tu klasyczny motyw Jekyll-Hyde.
Napiszę to raz jeszcze – „Mr. Brooks” to kawał ZAJEBISTEGO kina!
ON:
Dzisiejszy dzień z jednej strony jest pełen niespodzianek, z drugiej jestem tak wkur..y, że mam ochotę wziąć karabin i zacząć strzelać. Jak to było w piosence NIN: „me and my fucking gun, nothing can stop me now, shoot shoot shoot shoot shoot…”. No dobra, w takich chwilach wychodzi ze mnie mój pan Hyde, który ma ochotę narozrabiać tak bardzo, aby poczuli to wszyscy naokoło. Niby jest to jakieś rozwiązanie, ale czy na dłuższą metę przyniesie korzyści? Wątpię. Takiego Hyde’a ma Pan Earl Brooks, tyle że ten jego kumpel nazywa się Marshall. „A kim jest Pan Brooks?” – zapytacie. Już wyjaśniam, bo to postać bardzo ciekawa.
Jest to filantrop i biznesmen, a także człowiek sukcesu. Na co dzień jest prezesem ogromnej, dobrze prosperującej firmy produkującej opakowania. U jego boku stoi piękna blond żona, a gdzieś po drugiej stronie Stanów studiuje córa. Posiada on jednak małą tajemnicę. Nocami nie zawsze zasypia obok swojej ukochanej kobiety, czasem idzie do przydomowej pracowni i tam… No właśnie, tam nic nie robi, bo wymyka się w mroki miasta, uzbrojony w pistolet, w zdobytą w ciągu tygodni wiedzę na temat swojej ofiary, która nawet nie zdaje sobie sprawy z tego, że jest zwierzyną. Tyle, że w nocy to już nie pan Brooks, ale Marshall, który kieruje poczynaniami mężczyzny. Jego druga mroczna natura prowadzi go drogą ciał, krwi i perwersyjnej rozkoszy, jakiej doznaje podczas kolejnych morderstw. Z jednej strony broni się przed swoim drugim ja, ale z drugiej – daje mu ono poczucie władzy, uzależnia go od bezkarnego decydowania o życiu innych. Wyobraźcie to sobie: macie wszystko czego pragniecie i jeszcze możecie bezkarnie zabijać ludzi, decydować o ich losie, gasić ich jak świeczki. To właśnie coś, co spowodowało, że Brooks się uzależnił od kolejnych zabójstw. Jemu “staje” nie na widok biustu 18-tki, ale wtedy, gdy rudej dziewczynie wpakuje w głowę kulkę z pistoletu. Już na początku filmu jesteśmy rzuceni na głęboką wodę, pełną drapieżnych, wzajemnie przeplatających się wątków. Earl w nagrodę za otrzymanie tytułu „Człowieka Roku” robi sobie wypad na podwójne zabójstwo. Niestety, tym razem nie dopilnował wszystkiego i następnego dna w jego biurze pojawia się młody koleś z kopertą, wypełnioną zdjęciami, które jeśli dostaną się w ręce policji, doprowadzą Brooksa na „krzesło”. Młody facet, niech on się zowie Smith, nie chce jednak pieniędzy, ale pragnie wybrać się z naszym bohaterem na mroczne, nocne łowy. Widać panu też staje tylko wtedy, jak jest ostro. Po dłużej chwili namysłu (i rozmowie z jego mroczniejszą połową), morderca godzi się na taki układ. Do biura tego dnia wpada jeszcze jedna niezapowiedziana osoba, a mianowicie córka Earla – Jane. Jej niespodziewany powrót do domu daje wiele do myślenia. Jak to się mówi: co dwie głowy to nie jedna, a Earl ma przecież Marshalla. Dzięki szybkiej dedukcji dochodzi do tego, że coś jest nie tak i wyciąga z dziewczyny informację o tym, iż jest ona w ciąży. Ale coś jeszcze wisi w powietrzu, to nie wszystkie problemy naszego bohatera. Po jego piętach depcze bardzo ambitna pani policjant. Jest młoda, ładna i bogata, warta jakieś 60 milionów dolarów (bo tyle ma po tatusiu), tyle, że ona nie chce się „bawić”, a woli pracować dla społeczeństwa i za punkt honoru postawiła sobie złapanie „nocnego zabójcy”. Problem w tym, że na jej drodze stoją dwaj faceci – jej były koleś, chcący wyciągnąć od niej jakieś 2 miliony dolarów oraz zbir, którego wsadziła do paki. Ten drugi właśnie zwiał z więzienia i zamierza się zemścić. Wątków w filmie jest naprawdę dużo, ale są one tak podane, że naprawdę trudno się w nich pogubić, a pajęczyna wzajemnych powiązań jest tak misternie utkana, że nawet bez pajęczego zmysłu damy sobie z nią radę. Co nie oznacza, że łątwo zgadniemy jakie nasz czeka zakończenie.
„Mr. Brooks” jest wyjątkowy. Nie mamy tutaj scen akcji, postawiono na intrygę, na postacie i na klimat. Wszystkie te elementy udało się osiągnąć w stopniu wręcz mistrzowskim. Nie wiem dlaczego powiedziałem Paulinie, że to średni film, pomimo tego, że miałem okazję go oglądać kilka lat temu. Może dlatego, że chyba widziałem go tylko do połowy. Czy warto poświęcić mu trochę swojego wolnego czasu? Warto!
