
O ile czcze gadanie większości „trenerów” i „coachów” nie działa na mnie zupełnie, tak lubię, jeśli ktoś pokazuje mi pewne wartości, milowe kroki, cele na swoim przykładzie. Pewnie dlatego lubię książki (i filmy) biograficzne. I pewnie dlatego wzięłam „na łopatki” film „McImperium”.
McImperium – recenzja
Bo przecież nie chodzi tu o mięso, o kanapki jedzone w środku nocy na gastro.
Staram się mierzyć wysoko, chociaż nie jest to łatwe. Weryfikuję swoje cele, swoje możliwości i nie robię kroków do tyłu – zawsze do przodu. Niech będzie mały, ale niech jest do przodu. Więc kiedy objawiłam wszem i wobec, że rezygnuję z państwowego etatu w zawodzie, na rzecz własnego biznesu w zupełnie innej branży, o której nie wiem aż tak dużo – no było szaleństwo. Była walka z wątpliwościami. Było mnóstwo pytań i nie na wszystkie miałam odpowiedź.
Minęły 2 lata.
Nie żałuję. Ani przez moment nie żałowałam.
Oglądanie „McImperium” było przyjemnością, bo widziałam w tym filmie siebie. Co prawda mnie „American Dream” nie dotyczy, ale kto wie!
Ray Kroc raz na zawsze zmienił świat sprzedaży jedzenia. Nie odkrył leku na HIV, nie leczył sierot w Afryce, nie był naukowcem, astronautą, lekarzem… Ale praktycznie do perfekcji opanował techniki handlu, reklamy, sprzedaży, organizacji, poprawiania procesów… Do tego stopnia, że dziś, bo tylu latach, ciągle wskazuje się właśnie na niego i jego pomysły, jeśli wspomina się o ludziach, na których – chociażby pod względem biznesowym – warto się wzorować.
Mawiał, że wierzy w Boga, rodzinę i McDonalds’a, a film Johna Lee Hancocka pokazuje jego drogę do globalnego sukcesu.
Kino inspirujące. Takie, po którym czujesz w brzuchu ogromną potrzebę zrobienia „CZEGOŚ”. Michael Keaton w roli głównej – genialny. Zjada wszystko i wszystkich. Jego charyzma przekłada się na charyzmę bohatera.
Kurczę, niby film o pseudo-żarciu, o przyczynie otyłości, o jedzeniu szybkim, bezproblemowym, a jednak… jest ciut głębiej.
