La La Land - recenzja 1

Nie żebym była wieeeeelką fanką musicali, ale jak już coś wpadnie w moje serduszko, to nie chce wyjść. I potem dręczę wszystkich, bo z głowy nie chcą wyjść mi kawałki. A że musical zawsze trzeba śpiewać „z dramą”, to w okolicy pękają szybki oraz ptasie brzuszki.

La La Land – recenzja

Moimi ulubieńcami są: „Mamma Mia!”, „Hair” oraz „Grease”.

I tak, miałam trochę wrażenie, że „La La Land” dołączy do tego zestawu, ale niestety, nie udało się.

Widzowie wyraźnie podzielili się na dwie grupy: jedna zachwycona, druga znudzona. Ja jestem w tej drugiej. Nie zrozumiałam fenomenu, nie wbiłam się w nastrój, noga mi nie drgnęła. Nie nuciłam, nie chciałam śpiewać, tańczyć, za to utwierdziłam się w przekonaniu, że Emma Stone… no cóż, nie będzie moją ulubioną aktorką. A Gosling nigdy mnie nie brał.

Ona jest początkującą aktorką, aktualnie kelnerka, a on jest ambitnym jazzmanem, aktualnie bezrobotnym. Zaczyna łączyć ich miłość, jakieś tam wspólne pragnienia, marzenia, a im wszystko się układa, tym bardziej się sypie.

Fabuła jest banalna. Muzyka jest dobra. Bardzo podobają mi się smaczki, kolory, detale, jakieś tam „wpływy” klasycznych dzieł. To jest bardzo spoko. Tylko mierzi mnie ta Emma. Ugniata mnie ten Gosling. Są jak wełniany sweterek na nagim ciele. Gryzie.

Spróbuję podejść za jakiś czas, kiedy całe „La La Land” szaleństwo minie, a ja nie będę miała ochoty mordować.

Dziś jestem na nie.

Tagi: La La Land – recenzja, filmy, recenzja, blog popkulturowy, blog marudzenie, musical