ONA:
Mam straszne zaległości, jeśli chodzi o klasykę z lat 80. Po prostu, zwykle zakładałam, że te sensacje są tak tandetne, tak nudne i oklepane, że nie warto ich oglądać. Mam oczywiście kilka wyjątków, ale one tylko potwierdzają regułę. Dave z kolei tamto kino uwielbia. I ma jakiś plan chyba, bo na siłę wpycha mi kolejne produkcje. Najgorsze jest to, że ze wstydem przyznaję mu po seansie rację… Więc kiedy zaczął wspominać, że chętnie obejrzałby „Tango i Cash”, to ja najpierw prychnęłam, potem parsknęłam, żeby na koniec na jego pytanie „A widziałaś to w ogóle?!” odpowiedzieć „Nie…” No to zaczął mi opowiadać. Że Stallone (phi), że Russel (phi^2), że policjanci uwikłani w tajemniczą akcję (boże…). Kiedy już nie było odwrotu, kiedy ukochany uroczyście zakomunikował mi, że wieczór spędzimy w towarzystwie Gabriela Cash i Raya Tango, nie było odwrotu. Uzbroiłam się więc w dużą paczkę Oreo i mogłam zacząć oglądać.
Bohaterowie, jak już wspomniałam mimochodem, są policjantami. Nie, nie pracują razem, ale są porównywalnie skuteczni. Tango – zawsze w dobrze skrojonym garniturze, Cash – kudłaty, wytarmoszony. Są kryształkami soli, które dręczą i męczą okolicznych rabusiów, dilerów i całą resztę śmietanki. I w pewnym momencie Yves, szef mafii stwierdza, że czas się nimi zająć. Zabicie nie wchodzi w grę. Trzeba ich posłać do paki. Zatem powstaje plan stworzenia zasadzki na obu, który oczywiście realizuje się w 100 procentach. Tango i Cash zostają oskarżeni i zamordowanie agenta FBI i lądują w samym środku piekła, do którego przez wiele lat wysyłali tych złych… Ale chłopaki się nie poddają i chcą znaleźć tego, który ich wrobił. Plan jest prosty, są w końcu najlepszymi gliniarzami w mieście. Ale niestety, siedzą w pace, trudno robić cokolwiek, jak z każdej strony widzi się mury, a sądowe dowody wskazują właśnie na nich. Nie pozostaje im nic innego, jak uciec.
I niestety, całkiem nieźle mi się to oglądało. Historia jest przede wszystkim opowiedziana bardzo lekko i mega, mega śmiesznie. Dialogi pomiędzy bohaterami, szczególnie tymi tytułowymi, urywają tyłek. Jest pozytywnie, bywa zaskakująco. Nie można oczekiwać po tym filmie pobudzenia uczuć, przeżycia katharsis, ale można zauważyć, że botox bardzo dobrze służy kobietą, patrz: Teri Hatcher, która teraz wygląda o niebo lepiej, niż w 1989.
Fajne, odmóżdżające kino.
Dave znowu miał rację…
ON:
W latach 80-tych, gdy posiadanie magnetowidu było przejawem burżuazji, a LEGO mogłem oglądać przez szybę Pewexu, świat wyglądał inaczej. Miałem dziewięć lat, gdy na świecie, gdzieś poza granicami polskiego pierdolnika, miał premierę film pt. „Tago & Cash”. U nas w kraju oglądałem go kilka lat później na koszmarnej jakości VHS-ie. W ciasnym salonie u ciotki, siedziałem z kuzynami na dywanie, wpatrując się z fascynacją w kineskopowego „Rubina” lub innego „wynalazka” i chłonąłem z wypiekami na twarzy historię dwóch policjantów. Pokój był zadymiony po sam sufit, matka i ciotka jarały jak parowozy. Dodatkowo, matka kuzynów była jak parowóz „ciężka, ogromna i pot z niej spływa – tłusta oliwa”, w późniejszych latach kojarzyła mi się z Lamią, z „Koncertu nieskończoności” Grega Beara.
Tak właśnie pamiętam pierwszy seans tego wyśmienitego filmu późnych lat 80-tych. Od tego czasu minęło dobre dwadzieścia wiosen. Jezu, jak ten czas leci. Mam teraz takie dni, że chętnie wracam do tamtego kina. Wygrzebuję z zakurzonych regałów starocie, które za grosze można kupić w marketach lub sklepach online. „Split second”, „Hardware”, „Brooklyn Boogie” to tylko kilka z dzieł, jakie mimo upływu czasu nie postarzały się wcale. Lata 80-te i początek lat 90-tych to okres kiczu, nie tylko w muzyce, ale i w kinie. Filmy z tamtego okresu miały to coś, po czym można było je bardzo łatwo poznać. Specyficzny „charakterek”, który jeśli tylko miałeś okazje wychować się na nim, do dziś potrafi Cię zachwycić.
Tak właśnie jest Z Rayem Tango i Gabrielem Cashem, dwoma policjantami potrafiącymi nawet teraz doprowadzić mnie do śmiechu. Oglądając “T&C” kilka dni temu pamiętałem sceny, pamiętałem dialogi i kawałki cytatów. „Rzuć kaczkę”, „lezby na kółkach” „Dlaczego ty zawsze masz większego? Kwestia genów”. Oglądając go wróciłem do tego zadymionego pokoju sprzed 20 lat i znów poczułem się małym dzieckiem. Ciężko mi jest przekonywać Paulinę do takiego kina. Gdy ja widziałem „Cobrę”, ona łapała „glizdy” w piaskownicy i chodziła na herbatkę ze swoim misiem. Różnica wieku w naszym przypadku to trochę jak różnica pokoleń. Te 6 lat to bardzo dużo.
Sam film to prosta komedia kryminalna. Jest dwóch policjantów. Ray Tango (Stallone) jest elegancki i dziany, nie pasujący do swojego zawodu. Jak sam mówi „robię to dla adrenaliny”. Jest tym najlepszym, nie przejmuje się konwenansami, czasem przesadzi, ale może, bo jest najlepszy. Ok, jest jednym z najlepszych, bo po na pierwszych stronach pojawia się nazwisko drugiego twardziela, Gabriela Casha (Kurt Russell). Jest on przeciwieństwem Tanga, zawsze rozczochrany, trampki, dżinsy, niesubordynacja. Obaj panowie zaszli ostro za skórę jednemu lokalnemu szefowi światka przestępczego, posunęli się tak daleko, że jego decyzja może być tylko jedna. Supełek z pętelką. Ale żeby wszystko nie wyglądało na ordynarną egzekucję, postanowiono wrobić obu gliniarzy w przekupstwo i morderstwo. Sprefabrykowane dowody, podstawieni świadkowie i proces farsa doprowadził do ich skazania. Uratować mogła ich tylko ugoda, na którą się zgadzają. Jednak jakie było ich zdziwienie, gdy zamiast do „ośrodka wypoczynkowego”, trafiają do więzienia o zaostrzonym rygorze, w którym znajduje się śmietanka przestępcza zamknięta za kratkami przez naszych policjantów. Można powiedzieć „mamy przesrane.”
To film, który zwiera wszystko, co miały obrazy z tego okresu. Pościg, strzelaniny, głupkowate teksty i świetny humor. Po każdym seansie, mimo iż znam zakończenie, bawię się wybornie. Pewnie pokolenie lat 90-tych tego filmu nie pojmie, nie będzie wiedział z czego w danej chwili się śmiejemy, ale nic to. To po prostu nie film dla nich. Wydaje mi się, że Paulina miała szczęście, bo jest po tej „mojej” stronie tego kina. Czy warto oglądać „Tango & Cash”? Cholera, warto jak diabli.
