ON:
Kurczę, naprawdę ciężko po wczorajszym „The Amazing Spider-man” napisać dodrą recenzję na temat trylogii „Spider-man”, którą wyreżyserował Sam Raimi. Niestety, jak wspominałem, ten obraz nie przeszedł próby czasu, zjadła go jego własna komiksowość.
Rozumiem, że target filmu jest specyficzny, ale właśnie wyrwanie się z ram mogło zapewnić mu naprawdę, naprawdę świetny odbiór. Trzeba przyznać, że poza postacią Parkera i MJ Watson, których po prostu nie powinno być w tym Spider-manie, reszta aktorów jest dobrana bardzo dobrze. Na dodatek ich gra jest świetna. Willem Dafoe, który rozmawia ze swoim alterego, jest demoniczny i przekonywujący, ciocia May jest słodka i urocza, jakby ją przed chwilą wyciągnięto z kartek komiksu, ale przede wszystkim na ogromne brawa zasługuje J.K. Simmons, wcielający się w redaktora naczelnego Daily Bugle. Jego postać to czysta kalka tego, co mogliśmy widzieć w historiach od Marvela. Jest narwany, porywczy i cwany. Trzeba przyznać, że sceny, w których go widzimy, potrafiły naprawdę rozbawić. W kolejnych częściach pojawia się także Eddie Brock, który także przypomina tego faceta, jakiego symbiot pokochał tak bardzo.
Niestety, Raimi zgubił gdzieś plastykę obrazu. Jego NY jest sztuczny, komiksowy i przekoloryzowany. Ktoś może powiedzieć, że to bardzo dobrze, że to film na podstawie komiksu. Zgadza się, tyle, że tutaj razi sztuczność obrazu. O dziwo 10 lat temu byłem zachwycony tym, co dawał mi kinowy Spider-man, teraz jeśli postawię go przy nowym bracie, okazuje się, że „Spajdi” od Sama R. jest jak nielubiane dziecko w przedszkolu, które wszystkie dzieciaki wytykają palcem, bo się zesrało w kącie i śmierdzi. Wiem, że to okrutna metafora, straszne porównanie, ale tak niestety jest. Od filmu zalatuje sztucznością, a Tobey Kirsten jako główni bohaterowie, to jakaś porażka. Dobra, może przesadzam, ale 10 lat po premierze film się bardzo zestarzał.
Historię Człowieka Pająka zna większość osób, więc nie będę się bardzo rozpisywał z fabułą. Pierwsza część skupia się na narodzinach superbohatera oraz śmierci wujka Bena. Dowiemy się także jak powstał „Zielony Goblin” i dlaczego znienawidził Parkera. Oczywiście, będzie także wątek miłości jaką darzy Pieter ruda MJ. W drugiej części pojawi się Dr Otto Octopus, którego demoniczny plan może zniszczyć NY. W ostatnim trzecim „Spider-Manie” jest wrzucone kilka wątków i postaci. Po pierwsze, pojawia się Flint Marco czyli Sandman, poza tym Pająk będzie miał do czynienia z Venomem oraz Brockiem w jednej postaci. Wszystko kończy się konfrontacją na budowie wieżowca w centrum NY.
Zastanawiam się co powiedzieć o tych filmach. Nie chce ich odradzać, ale jeśli chcecie zabrać się za „pająka”, to najlepiej zacznijcie od tych trzech filmów, gdyż później będziecie mieć bardzo miły skok jakościowy. Jeśli zrobicie tak jak my z Pauliną, to może was czekać bardzo niemiła podróż w czasie, do ery dziwnego, plastikowego kiczu. Nie upierałbym się na siłę go oglądać. Można to zrobić, ale po co jak na DVD i BR już czeka nowy, ciepły i nie śmierdzący „The Amazing Spider-man.”
ONA:
Po po zachwytach nad najnowszą częścią przygód Spider-Mana, po całkiem zjadliwych „Avengersach”, po obu częściach „Iron Mana” i po Batmanie, którego uwielbiam niezależnie, czy robi go Nolan, czy Burton, czy nawet Schumacher – przyszła pora na przygody ludzkiego pająka w wersji Sama Raimi’ego, z Tobey Maguirem w roli tytułowej. Jezusie słodki, co za paździerz!!!
Co mi się nie podobało… A mogę odpowiedzieć: WSZYSTKO? Męczyłam się okrutnie oglądając każdą z trzech części. Za każdym razem łudziłam się, że kolejna będzie lepsza. Niestety, zawiodłam się boleśnie. Może w 2002 roku to wszystko było spektakularne, może wtedy te śmieszne efekty robiły wrażenie – teraz było słabo. Ale już pomijając kwestię techniczną, sposoby realizowania wizualnych momentów zmieniają się i udoskonalają z każdym filmem, co widać na pierwszy rzut oka. Ale zapomnijmy o tej kwestii, „Ghostbusters” też wizualnie nie urywali tyłka. Fabuła, stworzona przez Alvina Sargenta była okropna! W pierwszej części Spajdi staje się pająkiem, wiadomo. W każdym filmie o nim muszą ten temat poruszyć, tworząc trochę dwie ekranizacje w jednej. Wujaszek umiera, Peter Parker wkłada legginsy i zaczyna strzelać siecią z nadgarstków. Te początki były nawet właściwie urocze. Główny bohater jest mega ciapą, ale jednak – los chciał tak, że już niedługo stanie się ukochanym superbohaterem w NYC. Ma problemy typowe dla nastolatków. Jest bystry – dlatego męczą go rówieśnicy. Jedynie Harry Osborn jest jego przyjacielem. Przyjaźń na zasadzie przeciwieństw. Harry ma wszystko, czego brakuje Peterowi. Jest bogaty, przystojny, ma powodzenie u dziewczyn. A Parker ma dziwną grzywkę… Ale skoro już jesteśmy przy kobietach… Naszemu bohaterowi wpada w oko Mary Jane, rudowłosa dziewczyna, która zupełnie przypadkowo podoba się również Harry’emu. A żeby jeszcze bardziej zamotać bohaterów, arcywrogiem Pająka jest nikt inny, jak ojciec kumpla, Osborn Senior, który po niezbyt udanym eksperymencie, staje się Zielonym Goblinem, agresywnym, nieobliczalnym… Po pierwszej części, poza ogromnym niesmakiem odkryłam również, że Kristen Dunst miała w swoim życiu jedną, podkreślę to raz jeszcze – JEDNĄ dobrą rolę. W „Wywiadzie z wampirem”. That’s all folks.
Dwa lata później duet Raimi – Sargent powili kolejnego paskudziaka, część drugą przygód Spajdka. Zielony Goblin został pokonany, ale niestety, nasz heros ma problemy. Zupełnie życiowe. Musi wybrać, czy chce być zwykłym człowiekiem, czy bohaterem, bo pogodzenie tych dwóch fuch jest wręcz niemożliwe i okrutnie wycieńczające. Porzuca swoją maskę, ale zakłada ją ponownie, bo miastu znowu ktoś zagraża. Tym razem jest to Dr Octopus. I znowu Mary Jane jest jednym z jego celów. Jeśli ktoś myśli, że już bardziej nie da się zamotać fabuły – nic bardziej mylnego. W 2007 roku panowie wypuścili kolejną część tej wszechkupy. Kiedy już Harry wie, kto „zabił” jego ojca, postanawia się zemścić. A do tego dochodzi jeszcze 2 kolejnych wrogów: piaskowy ludek i Venom, który zmienił się w potwora za sprawą tajemniczej substancji z kosmosu. Co ciekawe, ta sama substancja „zaatakowała” Spajdka, który z leszcza, stał się bogiem (a przynajmniej tak się mu wydaje). Finałowa walka zdaje się być bardzo ciekawa. Ale jest beznadziejna. Jak wszystko w tej trylogii. Ok, nie wszystko. Film ma kilka plusów. Niestety, nie należy do tego grona ani muzyka (Nickelback?!), ani scenariusz, ani efekty, ani główni bohaterowie.
Podobał mi się niezwykle redaktor naczelny pisma, do którego foci Parker, czyli Jameson. Rola kapitalna, bardzo dowcipna, rewelacyjnie zagrana przez J.K. Simmonsa, który potrafi grać tak różnych bohaterów, a do tego robi to tak okrutnie dobrze, że ciężko wybrać jakąś kapę. Całkiem niezły był również James Franco, który w mojej opinii, powinien zagrać rolę tytułową. Ja rozumiem, konwencja była taka, a nie inna, Spajdek miał być leszczem, ale mogli go ubrać chociaż w przyjemniejsze ciało (co zrobiono w przypadku „Amazing Spider-Man”). Bardzo podobała mi się rola Williema Defoe – stworzył taką kreację, która zapada w pamięć, mimo, że nie jest wyjątkowo urocza.
A poza tym? Beznadziejna Dunst? A może Maguire, którego talent aktorski walczy o miejsce z salcesonem na talerzu? Nie, dziękuję. Nigdy więcej.
