Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY RECENZJA

Mandariinid

ONA:

Filmy wojenne to nie tylko te, które dotyczą II Wojny Światowej. Coraz częściej twórcy, którzy chcą zająć się tego typu tematem, sięgają po dużo bardziej współczesne konflikty, o których zapominamy albo nawet o których nie wiemy, bo na historii nikt się nie pofatygował, by pouczyć nas o sprawach, które działy się te 30-40 lat temu, nie wspominając już o tym sprzed 2 deka. Dla mnie film „Mandarynki” był zaskoczeniem. Ale wbrew temu, co twierdziło kilkoro z moich znajomych – nie płakałam przez cały seans. Suka i tyle.

Akcja rozgrywa się w 1992 roku. Abchazja walczy o odłączenie się od Gruzji. W małej mieścinie, mocno już splądrowanej działaniami wojennymi, żyją estońscy imigranci. Zajmują się hodowlą mandarynek, wiodą bardzo zwykłe, skromne życie. Niewiele im potrzeba do szczęścia. Nie mają bogactw, nie mają władzy. Są po prostu – zwykli. Spokojne życie przerywa wojna o niepodległość. Dosłownie: za płotem. Dwóch mężczyzn znajduje rannych żołnierzy. Żołnierzy, którzy w tym konflikcie stoją po dwóch różnych stronach. Ważne jest to, dla kogo walczą, czy to, że są ludźmi? Są jeszcze ludźmi, czy zatracili już swoje człowieczeństwo?

Ten film jest strasznie smutny, szary, ciężki i właśnie taki ma być. Smutny, szary i ciężki. Myślisz o nim jeszcze długo po seansie, zastanawiając się jakim prawem istnieją jednostki, które podobnie jak Ty, nazywają się „ludźmi”. Zastanawiasz się jak daleko może być posunięta chora wiara w jakąś ideologię, że walczysz z innym o jakieś zupełne bzdury. Poza tym, istotą tej całej śmiesznej „wojny”, niezależnie kiedy ona miała miejsce, o co i dlaczego, jesteś tylko narzędziem. Trzcinką do walki, którą można bardzo łatwo zniszczyć, złamać, porzucić.

„Mandarynki” to film zupełnie inny, niż te, które wrzucałam w gatunek „kino wojenne”. Zmusza do refleksji i do pochylenia się nad sensem wielu rzeczy, które mocno determinują ludzki żywot. Nie ma tu akcji, za to fabuła przygniata Cię cierpieniem, smutkiem i strachem. To nie jest film dla każdego. Ci, którzy uwielbiają napierdzielanie się i szybką akcję, to będą po prostu znudzeni. Ci, którzy mają tendencje depresyjne – będą powaleni tym, jakie to dzieło jest emocjonalne.

Ci, którzy potrafią zrozumieć, że to starożytne katharsis może nastąpić nawet pod wpływem filmu, powinni być zadowoleni.

ON:

Na koniec tygodnia film, który jest dziełem nietypowym. Opowiada bowiem o wojnie, a nie uświadczymy w nim zbyt wielu strzelanin, wymiany ognia, walki. To raczej opowieść o tym, jak wojna wpływa na zwykłego człowieka. Historia opowiedziana w „Mandarynkach” ma swoją moc, tylko, że poczują ją raczej osoby, które wolą kino offowe, bardziej studyjne, kameralne. Jeśli zabierze się za nie osoba kochająca akcję, to zanudzi się po pierwszych 15 minutach. Nie zamierzam mieszać z błotem filmu Zazy Urushadze tylko dlatego, że wolę wojenne kino akcji, którego w obrazie Gruzina brakuje. Jego obraz ma swój rytm i potrafi wzruszyć.

Urushadze stara się opowiedzieć o bezsensie wojny, tworząc współczesną baśń o dwóch starszych mężczyznach, żyjących w maleńkiej oazie „niepokoju”. Jest rok 1992, w Abchazji wybucha wojna, której celem jest oderwanie się małej republiki od Gruzji. Po stronie separatystów stają Rosjanie oraz czeczeńscy najemnicy. Gdzieś pomiędzy wzgórzami, w niewielkiej dolinie leży opustoszała wioska. Jej mieszkańcy już dawno temu uciekli, gdy tylko usłyszeli pierwsze strzały. Pozostali tylko dwaj starsi mężczyźni. Margus jest plantatorem mandarynek, drugi – Ivo – stolarzem, którzy tworzy skrzynki na te owoce. Oni nie chcieli opuszczać swoich domów. To miejsce jest dla nich „ich własnym azylem”, nie przesadza się przecież starych drzew. Życie obu mężczyzn płynie swoim trybem. Każdy dzień to rozmowy i praca. Pewnego dnia pod domem Iva dochodzi do dość groźnej strzelaniny, z której cało wychodzą dwaj żołnierze. Jeden to Czeczen, a drugi Gruzin. Obaj mocno ranni, obaj nie do końca zdający sobie sprawy z tego, co się dzieje. Ivo, pomimo tego, że chce uciec od wojny zabiera obu mężczyzn do domu i zaczyna ich kurować. Oczywiście, aby nie doszło do tragedii, zabiera broń obu mężczyznom i powstrzymuje przed wzajemnym wymordowaniem się. Opowieść sunie są swoim spokojnym tempem. Żołnierze, którzy najpierw są do siebie wrogo nastawieni zaczynają patrzeć na siebie bardziej bratnim wzrokiem. Zakopują topór wojenny i nie skaczą sobie do gardeł. Groza przychodzi z innego miejsca. Za każdym razem, gdy koło domu przejeżdzają patrole wojskowe, wszyscy siedzą jak na szpilkach. To klimat strachu i zaszczucia jest najbardziej wyczuwalny w obrazie Zazy Urushadze.

„Madnarynki” to film potrafiący się wybronić, trzeba mu dać szansę. Jeśli nie przeszkadza wam surowość, to na pewno możecie spróbować podejść do seansu. Mnie osobiście nie rzucił na kolana, ale na pewno poruszył.