ONA:
„Jarhead” to film dziwny. Co najmniej dziwny. Jest to dzieło paradoksalne, dwubiegunowe, gdzie jednocześnie mamy nudę, jak i dynamikę, gdzie poważne elementy łączą się z groteską, dalej, gdzie gdzie stworzony jest świat, społeczeństwo, w nieludzkich warunkach, zarówno tych fizycznych, jak i psychicznych. 123 minuty, które kończą się nagle i to też jest dziwne, bo film ma bardzo nużące momenty. Ale dopiero po seansie uzmysławiasz sobie o czym on tak naprawdę jest…A film jest o wojnie. O operacji „Pustynna Burza”, o konflikcie pomiędzy Kuwejtem a Irakiem, o wydarzeniach z 1990 roku i o żołnierzach ze Stanów Zjednoczonych, którzy walczyli o demokrację (i ropę, to oczywiste). Głównym bohaterem jest Swoff. Ten piękny dwudziestoletni nie marzy o niczym innym, jak o wojsku. Ma dziewczynę, ma całe życie przed sobą, ale jednak pragnie tylko wojennej adrenaliny. Świat, który widzimy w filmie, to świat Swoffa. To jego przejście od byle rekruta, po żołnierza uczestniczącego w konflikcie zbrojnym. Widzimy jak życie w wojsku wygląda. I ja od razu zaczęłam się zastanawiać, czy ta kasa jest naprawdę tak dobra, że ktoś o podobno zdrowych zmysłach, decyduje się w pełni świadomie żyć w tym świecie… Najwyraźniej jednak można, skoro koszary były wypełnione takimi kolesiami jak Swoff. Ich celem, nadrzędnym marzeniem i pragnieniem jest wojna. I tak się przytrafiło, że w Zatoce Perskiej coś zaczyna się dziać. Razem z grupą najlepszych snajperów, trafiają na sam środek rozgrzanej od słońca pustyni. Ich zadanie to czekać, być w pogotowiu. Góra 2 tygodnie. Ale 14 dni minęło. Potem kolejne tygodnie, miesiące. Nie działo się nic. Dzień wypełniały ćwiczenia na sucho i masturbacja. I zastanawianie się, czy ukochana kobieta już zdradziła, czy jeszcze się powstrzymuje. Grupa facetów na wojnie to niekoniecznie oznacza przelewanie krwi, strzały i odcinanie kończyn. W przypadku tego oddziału to były rozgrywki footballu w maskach, palenie odchodów i beztrosko-bezstresowe wczasy. Gdzieś dalej dzieje się wojna i podczas patroli nasi panowie widzą jej ofiary, ale to nie oni walczą. Frustracja miesza się z dowcipem, z wkurzeniem, z nudą. A wszystko z dość cierpką narracją głównego bohatera. Nie ma żadnych wartości poza rozkazem. Wszystko inne może zniknąć. Wszystkie pragnienia krążą wyłącznie wokół ogromnej chęci zabijania. Ale dni mijają, a okazji nie ma. Frustracja sięga zenitu. Kurde, są amerykańskimi marines, praktycznie w samym środku wojny o „demokrację” i nie robią nic. Ale tak, wreszcie coś się dzieje! Główny bohater pod obstrzałem wrogich kul biegnie, powtarzając jak mantrę „Do not fucking die!” – i co? Pięciominutowa akcja znowu się uspokaja… W ogóle to jest film mantr i podniosłych sentencji. Pseudofilozoficzne wywody mieszają się z „kurwami” i innymi „pospierdalaniami”.
Jedno jest pewne – film nudzi. Ale nie w sposób bezczelny. On nudzi, bo nakręcamy się na akcję, z latającymi kończynami, z wybuchami, z krwią i błotem. Ciągle zastanawiałam się, czy panowie z marines z nudów nie zaczną strzelać do siebie, szczególnie, że dwie sceny praktycznie mnie w tym utwierdziły, tylko niestety, to jedynie moja wybujała wyobraźnia. Ostatnie sceny. Dwoje bohaterów, w tym Swoff mają w końcu zadanie, w którym będą mogli wykorzystać swoje wyćwiczone na sucho umiejętności. Trzeba kogoś sprzątnąć. I widzimy kolejne detale całego przygotowania. Miejsce, karabin, wytyczne, oko, wyraz twarzy, przepełniony skupieniem i ogromną ochotą, by w końcu pociągnąć za spust. Ochota wymieszana z psychozą. I co?! Zmiana rozkazu, bo zawsze znajdzie się większa ryba, która nie zabije 1 osoby, a za pomocą nalotu rozpierdzieli bazę w pył. Znowu kicha. Wracają do bazy, gdzie właśnie trwa solidna, gruba biba. Wojna właśnie się skończyła…
Nie umiałam pozbyć się bardzo wstydliwego wrażenia, że do wojska trafia dno muliste. Tak przynajmniej wywnioskowałam kilku filmach o tematyce wojenno-wojskowej. I w przypadku „Jarhead” tak jest. Oczywiście, to moje zdanie. Ale jak inaczej to wyjaśnić? Jak młody człowiek, może trochę zagubiony, ale z pewnością inteligentny, po krótkim czasie w armii, zmienia się w kretyna, którego nakręca tylko myśl, o wpakowaniu ołowiu w ciało wroga? Zrobił się z niego cham, wydmuszka pozbawiona emocji, z wątpliwym instynktem i intuicją. Swoff w ekipie ma jednego „przyjaciela”, ma też swój ideał, w ciele sierżanta Sykesa. I to tyle.
Ale warto to dzieło zobaczyć. Warto, bo jest nagrane w sposób przepiękny, zachwycający, z mnóstwem kontrastów, z mnóstwem rozpierdzielających mózg kadrów. Cała tonacja jest zupełnie inna, niż w zwykłym filmie. Może jest to zrobione po to, by uwypuklić pustynny krajobraz, a może dlatego, by „ocieplić” fabułę… Pięknie się na to wszystko patrzy i nawet przynudnawe momenty, okraszone są tak cudownymi zdjęciami, że zapominamy o kolejnym nużącym dialogu i sensacji bez sensacji.
Film z całkiem niezłą obsadą.
Film do rozmyślań.
Film do obejrzenia. Ale na to wpadłam dopiero teraz…
ON:
Ciężko jest pisać o dramatach wojennych, wiadomo wojna nie jest przyjemnym i lekkim tematem. Kino amerykańskie potrafi o wydarzeniach z pola bitwy opowiadać historie wybitne, ale czasem mamy do czynienia z produkcjami średnio udanymi. Klasyki takie jak „Czas apokalipsy”, „Pluton” czy „Good morning Vietnam” mają kolejnego „brata”, który godnie może stać na półce obok nich. Mowa o filmie „Jarhead”, który w polskiej wersji ma dodany podtytuł „Żołnierz piechoty morskiej”
U nas w Polsce słoikami „wawa” nazywa przyjezdnych, którzy tylko śpią i pracują w stolicy, a weekendy uciekają w Polskę do rodzinnych domów. W Stanach tak slangowo mówi się o marines, u których specyficzna „wojskowa fryzura” powoduje, że ich głowy wyglądają jak słoiki. Właśnie o takich „chłopakach” opowiada film Sama Mendesa. Swoff to młody dzieciak z ideałami, wierzący w to, że jego osoba jest niezbędna do walki o amerykańską niepodległość w Arabii Saudyjskiej. Wiadomo, żyje tam ogromna ilość obywateli USA, którzy aż proszą się o wyzwolenie. A tak naprawdę za wszystkim stoją miliony galonów ropy naftowej.
“Jarhead” to hitsoria oddziału w którym służy Swoff, historia zaczynająca się gdy przekracza on próg koszar, mówi o jego szkoleniu na snajpera, a kończy w momencie, zakończenia się działań w Arabii. To bardzo oszczędne w dialogi kino, skupia się na obrazie oraz niedopowiedzianych historiach. Pokazuje, że wojna to nie tylko akcja, ale także nuda. Wywleka ono na światło dzienne, wszystkie brudy armii. Zepsute kombinezony przeciwgazowe, sadystyczną kadrę, brutalne praktyki koszarowe i wiele innych. Nie znajdziemy tutaj słodzenia, uciskania na siłę słodkich pompatycznych przesłań. Gdy zaciągasz się do armii musisz pogodzić się z tym, że kolejne miesiące to ciągła monotonia zajęć, że gdzieś tam tysiące kilometrów w rodzinnym mieście jakiś inny koleś posuwa twoją ukochaną, że jedyny sex jaki masz to masturbacja pod katalog z bielizną. W wojsku biegasz z plecakiem przez pustynię, starasz się na czas złożyć swój karabin snajperski i czekasz dnia, kiedy wypuszczą cię na pole bitwy, a ty zabijesz jednego lub dwóch „tych złych”. Film pokazuje jak chore są relacje między ludźmi, pomiędzy przełożonymi i podwładnymi. Opowiada, jak bardzo można się zatracić w robieniu krzywdy innym, nawet tym najbliższym. Najgorszym wrogiem nie jest ten, na polu bitwy, tylko my sami oraz nuda i monotonia. Z upływem czasu, każdy żołnierz chce walczyć, wziąć karabin i strzelać, nadchodzi wreszcie ten upragniony dzień. Swoff i jego partner dostają rozkaz zabicia dwóch wysoko postawionych żołnierzy armii przeciwnej, nareszcie coś się dzieje.
Osobny akapit trzeba poświęcić na wychwalenie warstwy wizualnej filmu. Filtr, jaki użyto w produkcji, powoduje, że cały obraz ma kolory szaro-czarno-złote. Trzeba po prostu samemu zobaczyć co mam na myśli. Próbkę tego jak wyglądają zdjęcia, można obejrzeć na kinowym plakacie. Roger Deakins zrobił z tego filmu maleńkie dzieło sztuki. Pustynia podczas „deszczu ropy naftowej”, czarno-czerwone ujęcia nocne, śliczne szerokie kadry powodują, że film je się oczami.
Za muzykę zaś odpowiada Tom Waits oraz Thomas Newman. Ścieżka dźwiękowa przypadnie do gustu każdemu, kto zakochał się w elektroniczno-klasycznych dźwiękach z filmu „Black Hawk Down”. Świetnie pasuje jako tło do obrazu.
„Jarhead” jest filmem spokojnym, i nie każdemu taka wojna może się spodobać, nie będzie tu za wielu wybuchów oraz akcji, to podróż w głąb siebie w zrozumieniu dlaczego tak bardzo chcemy krzywdzić innych, mimo że nie lubimy, jak sami jesteśmy krzywdzeni. Warto go obejrzeć nawet tylko dla samych zdjęć.
