ONA:

Zdrada to jedno z największych świństw, jakie można zrobić drugiemu człowiekowi. Niezależnie, czy zdradza przyjaciel, ukochana osoba, członek rodziny, czy zwykły znajomy – zdrada rani duszę tak dotkliwie, że nic, zupełnie nic nie jest w stanie tej wyrwy naprawić. Chociaż, po wczorajszym wieczornym seansie śmiem twierdzić, że jest jeszcze coś takiego jak słodka zemsta…

Filmów z uroczymi złodziejaszkami, którzy w perfekcyjny sposób kradną łup, a potem pojawiają się problemy – jest na pęczki. Moim mistrzem w tej kategorii jest trylogia z bandą Danny’ego Oceana, która nie dosyć, że jest świetnie nagrana i zagrana, to jeszcze ma solidny zasób fajnego humoru, wplecionego w dynamiczną i interesującą fabułę. Gdybym była psem, na słowa „To jest takie jak i Ocean’s ileśtam!” reagowałabym tak samo jak na „Idziemy!”. Psem nie jestem, ale gdy Dawid porównał te trzy filmy Stevena Soderbergha do produkcji F. Gary Gray’a z 2003 – nastroszyłam uszy i zjeżył mi się włos. Sprzedane!

Jest ich sześciu. Tworzą wspaniały zespół, który składa się z różnych osobowości, charakterów i umiejętności. Charlie (Mark Wahlberg) jest dobrym złodziejem. Jest skuteczny, bystry, z głową pełną szalonych pomysłów. Steve (Edward Norton) również daje radę, ale on do tego wszystkiego jest przebiegły. Handsome Rob (Jason Statham) poza tym, że jest przystojny jak cholera (już widzę te napisy na zaproszeniach: Paulina Wawrzyczek i Jason Statham wraz z rodzicami zapraszają na swój ślub), uwodzi z prędkością światła wszystkie kobiety, a za kierownicą samochodu radzi sobie wyśmienicie. Mi do szczęścia wystarczy jak na mnie patrzy z perspektywy ekranu. Jest też rudowłosy Lyle (Seth Green) – geek, geniusz komputerowy, przed którym nie uchowa się żaden skrypt, padając momentalnie, w odróżnieniu do majtek przeciętnej dziewoi. Ten chłoptaś twierdzi, że Napster był jego dziełem, ale przebiegły Sean Parker mu go ukradł. Dodajmy do tego pana Half Ear (Mos Def), który specjalizuje się w „Kaboom!” oraz Johna (Donald Sutherland), który całą bandą kieruje. Celem jest sejf wypełniony po brzegi sztabkami ze złotem. Plan? Cóż, trzeba wykiwać kilku zakapiorów, najlepiej za pomocą niespodziewanych wybuchów, spektakularnych pościgów i zasadzki. I udaje się im to tak, że aż miło się na to patrzyło. Niestety – i tu pojawia się motyw zdrady, jeden ze wspólników chce ukręcić na boku swój własny interes (nie mówię tu o członku męskim) przy okazji zabijając kolegę z zespołu. Not cool bro, not cool. Wyrodny partner zmienia nazwisko, a dysponując kasą wręcz kosmiczną – ulatnia się niczym kamfora. Ale nasza dzielna ekipa, pod dowództwem Charliego, wpada na jego trop. Zemsta najlepiej smakuje na zimno. Wnikliwa analiza i plan doskonały są praktycznie gwarantem sukcesu. Do zespołu dołącza również piękna Stella (Charlize Theron), która jest… ajjj, już dosyć tego spoilerowania.

Czy film można wrzucić do jednego wora z przygodami bandy Ocean’a? Tak. Jest nieco mniej elegancka i subtelna, ale również doskonała. Znowu mamy świetnie dobranych aktorów, może nie z tej naj-naj półki, ale oni też dają radę. Plus za Theron – mogłabym na tą kobietę patrzeć zawsze i wszędzie, jej uroda jest posągowa, onieśmielająca i totalnie zachwycająca. Humor świetny, pościgi dynamiczne, chociaż do „Die hard 5” im daleko. Tajemnica buduje napięcie, a finał jest bardzo pozytywny.

Całkiem niezłe kino.

Plus mnie na filmy ze Stathamem namawiać nie trzeba.

ON:

Uwielbiam serię „Ocean’s…”, rozwala mnie pomysłowość kolesi, którzy snują misterny plan, a później wprowadzają go w życie. Każdy element układanki pasuje idealnie do siebie i nie ma tutaj miejsca choćby na najmniejszy błąd. „Oceany” były do tej pory trzy i każdy trzymał naprawdę wysoki poziom. Wielbiciele takiego typu kina powinni zapoznać się z obrazem z 2003 roku pod tytułem „Włoska robota”. Mogę z ręką na sercu powiedzieć, że filmy te mogą stać obok siebie na półce każdego fana i żaden z nich nie będzie czuł się gorzej w towarzystwie swojego kolegi.

Wyobraźcie sobie “team” doskonały. Składającą się z 6 chłopa grupę, która potrafi wyciągnąć z dobrze strzeżonego budynku w Wenecji sejf pełen sztabek złota, wartych 30 milionów dolarów. Każdy z facetów posiada jakąś zdolność, która pozwala mu wykazać się w krytycznych momentach. Mamy speca od materiałów wybuchowych, mamy świetnego kierowcę, komputerowego geeka, czy też kolesia od otwierania zamków. Każdy z panów jest sprawdzony, wcześniej wile razy pracował z resztą zespołu i nic nie może pójść źle. W końcu plan napadu jest wręcz doskonały. Po udanej akcji panowie zatrzymują się gdzieś w śnieżnych Alpach, aby wypić toast za udaną akcję i podzielić się swoimi marzeniami. Niestety, jest to miejsce, w którym zastawiono na nich pułapkę, a zrobił to jeden z nich, mężczyzna, któremu wszyscy ufali. Nie było by może problemu jeśli by ich tylko okradł, wtedy po prostu mieliby urażoną dumę, ale facet wyciągnął gnata i zabił jednego z nich. Najstarszego, który zawsze był mózgiem operacji, który był dla nich jak ojciec. Tylko zimna krew i łut szczęścia pozwoli reszcie wydostać się ze szponów śmierci. Jednak w ich sercach już zasiało się ziarenko, które zaczęło powoli wzrastać, było to ziarno słodkiej zemsty. Mija rok czasu. Z Wenecji przenosimy się do USA, gdzie w pięknej rezydencji pomieszkuje sobie morderca i złodziej. Ekipa postanawia dobrać mu się do tyłka, tyle, że nie mają w swoim teamie osoby, która otworzy sejf ze złotem. Niestety, nie wszystko będzie tym razem szło tak łatwo, jakby się chciało, bo pojawią się Samoańczycy, pojawi Ukraińska czy jakaś tam inna wschodnia mafia, a naszym bohaterom zaczną się palić spodnie na tyłkach. Ufff, udało mi się praktycznie opisać film bez spojlerowania.

“Włoska robota” jest naprawdę dobra, warto poświęcić jej kilkadziesiąt minut, gdyż historia w niej opowiedziana jest lekka i przyjemna, pomimo tego iż film potrafi czasem trzymać w napięciu. Jak dla mnie to kino, które ogląda się samo. Szczególnie jeśli oglądacie je po całym dniu roboty.