ONA:

Ból. Podobno bez niego nie da się żyć. Ale często dzieje się tak, że przez niego nie da się żyć. Nieważne w jakiej formie – ból prędzej czy później zaczyna wypełniać kolejne obszary Twojego życia. Próbujesz wszystkiego: od bardzo zwykłych i przeciętnych metod, przez kolejne tabletki. Bo przecież słoiczek ibuprofenu kosztuje jakieś marne grosze. A potem zauważasz, że ten słoiczek kiedyś wystarczał Ci na rok. Teraz – na miesiąc. A może na tydzień? Ból obdziera Cię z wszystkiego: ze snu, z apetytu, ze znajomych, z zainteresowań. Wypełniając całą przestrzeń chce zabrać Cię z dotychczasowego życia. Tak jakbyś teraz miał spędzać czas tylko z nim… Ból. Niezależnie jaki… Zawsze ma przyczynę. Zwykle ma też swój koniec. Koniec… „Jest dobrze póki jest tętno. A jak go nie ma to też jest dobrze, bo jest spokój”…

Claire Simmons (Jennifer Aniston) to młoda kobieta, która od tragicznego wypadku nie potrafi uporać się z bólem… Boli ją wszystko. My początkowo nie wiemy co tak naprawdę się stało, ale wkrótce okaże się, że ten ból jest i fizyczny, i psychiczny. Cała historia zaczyna się podczas spotkania grupy wsparcia, kiedy akurat wspominana jest Nina (Anna Kendrick) – jedna z „nich”, która niedawno popełniła samobójstwo… To wydarzenie dosyć mocno wpłynie na życie Claire, ale nie spodziewajcie się tu jakiegoś nagłego uzdrowienia. Claire po prostu zaczyna widzieć Ninę i kobiety się kontaktują ze sobą, mimo, że to jest zupełnie pozbawione sensu… Razem z Simmons i jej chronicznym bólem, wędrujemy przez codzienność. Kobieta ma lepsze i gorsze dni, ale zawsze towarzyszy jej piętno…

„Cake” to film słodko-gorzki. Podejrzewałam, że wątków „zabawnych” będzie tu więcej, niż tych „dramatycznych”, ale się myliłam. Zauważcie, że nie napisałam „niestety, się myliłam”, bowiem okazało się, że mam do czynienia z dziełem mądrym, podanym w łatwej formie. Aniston kojarzy się z komediami. Lepszymi, gorszymi – ale nadal – z heheszkowym kinem. Do tego jej ostatnie role potwierdzają, że jest w życiowej formie nie tylko aktorskiej, ale przede wszystkim fizycznej, bo wygląda naprawdę świetnie, suka. A tu? Tu jest zorana życiem, przygarbiona, z ciałem pokrytym bliznami, z ciałem, które odmawia jej posłuszeństwa. Jest na granicy niepełnosprawności, a jej najbliższymi przyjaciółmi są kolorowe tabletki, które łyka garściami. Bardzo mnie dziwi to, że za tę rolę nie dostała nawet nominacji do Oscara. Jest tu naprawdę przejmująca, a jej gra powala. Jeszcze bardziej jej nienawidzę.

„Cake” to film o nadziei. To film o cierpieniu pod wieloma formami. To też film o ludziach, o ich wyborach, doświadczeniach. O tym do czego są w stanie posunąć się dla siebie i dla innych… Ogląda się go dobrze, chociaż gorycz pozostaje. To mimo wszystko nie jest lekkie dziełko, słodko-pierdzące.

ON:

Jennifer Aniston to jedna z tych gwiazd, która będąc przed pięćdziesiątką wygląda cholernie dobrze i niejeden facet ślini się na jej widok. W większości przypadków kojarzymy ją z filmów komediowych, ale nie oznacza to, że nie pojawia się także w bardziej ambitnych rolach, jedną z nich jest ta, którą zagrała w filmie „Cake”.

Claire (Aniston) to kobieta po przejściach. Poznajemy ją na spotkaniach grupy wsparcia dla osób cierpiących na chroniczny ból. To takie miejsce, gdzie spotykają się wszyscy Ci, którzy nie mogą poradzić sobie ze swoimi cierpieniami. Na spotkaniu zostaje poruszony temat jednej z dziewczyn, która nie wytrzymała już tego wszystkiego i postanowiła skończyć ze swoimi demonami. Zrobiła to skacząc z wiaduktu. Claire nie chce pogodzić się z tym, w jaki sposób potraktowano zdarzenie. Jej zachowanie doprowadza do wykluczenia jej z grupy. Kobieta nie daje za wygraną i znajduje sobie inny cel, który ma pomóc jej w poradzeniu siebie z „chorobą”. Postanawia dowiedzieć się co tak naprawdę skłoniło samobójczynię do skoku i jak z całym zajściem radzą sobie jej bliscy.

To jednak nie koniec. Ckaire także ma swoje własne problemy. Przede wszystkim uzależniona jest od leków przeciwbólowych, a poza tym – nie potrafi sobie czasem dać rady z tym, iż rozstała się ze swoim mężem, a także z wypadkiem, który jest powodem jej cierpienia. W wypadku tym zginął jej syn. Wszystko to nawarstwia się i powoduje, że kobieta jest nieznośna. Swoje popędy zaspokaja z przypadkowymi mężczyznami, wyładowuje złość na meksykańskiej gosposi, która tak naprawdę jest jej jedynym wsparciem.

„Cake” jest filmem dziwnym. To dramat, który z komedią ma bardzo mało wspólnego. Pojawiające się kilka razy w filmie śmieszne dialogi nie zaliczają go do grupy dzieł komicznych. Przede wszystkim skupia się on na samotności i cierpieniu osoby, która nie chce, aby ktokolwiek jej pomagał. Lepiej zamknąć się we własnym, sterylnym pudełku pełnym cierpienia i wyrzygać się na cały świat. Na całe szczęście reżyser i scenarzysta wpadli na pomysł, który musiał wypalić i który idealnie wykorzystała w swojej grze Jennifer Aniston. Połączono wątek osobisty z tym dotyczącym samobójstwa i otrzymaliśmy dzięki temu kino drogi i przemian. Claire podróżuje między innymi do Meksyku skąd przemycać będzie nielegalne leki, a także spotyka się z mężem nieżyjącej już dziewczyny. Ich wspólne relacje sprowadzają się raczej do wzajemnego wspierania się i raczej nie mają podtekstów czysto erotycznych. Aby film był jeszcze dziwniejszy, dodajmy do niego ducha denatki, który co jakiś czas pojawia się Claire i rozmawia z nią na różne tematy. Przeważnie rozmowy te kończą się krytyką zachowania bohaterki.

„Cake” to dzieło przeciętne. Na uwagę zasługuje gra aktorska Jennifer Aniston, ale poza tym nie znajdziemy tutaj niczego odkrywczego lub rzucającego nas na kolana. Film na raz.