ONA:

Komedia – ohh tak. Kryminał do tego – mmmmm rób mi tak jeszcze! Z niezłą akcją, bardzo dynamiczną i widowiskową – oł jeees! W rolach głównych Denzel Washington – hola, hola – nie ta dziurka! – i… Mark Wahlberg – ojj tak, oooj taaaaak! Umisz to! UMISZ!!! Taaaak!!! Jest tak dobrze, że nawet sąsiedzi zapalają papierosa. I kiedy tak sobie wszyscy palimy w spokoju ćmika, to zdradzę Wam, że chodzi o film „Agenci”. Jakby ktoś miał wątpliwości…

Od razu się przyznam, że mimo iż oglądałam ten film w mega skupieniu (dwa słowa: Mark Wahlberg), to pogubiłam się w fabule jakieś 84710 razy. Jest ona lekko zamotana, a kolejne przykrywki agentów budowały takie wrażenie, jak podczas mojego pierwszego oglądania „Incepcji”. Ale spokojnie, połączyłam wszystkie punkty w jedną całość. No, załóżmy. Ale to nie jest ważne kto jest kim w tej rozgrywce. Tu najistotniejszym elementem jest to, że po raz kolejny mamy film o dwóch totalnie niedopasowanych partnerach. Napisałam „po raz kolejny” prawda? Ale nie ma w tym nic kpiącego, szyderczego i złośliwego. Bo okej, jest to oklepany sznyt i tym motywem niejeden reżyser wytarł sobie mordę, ale jest to kolejna rewelacyjna produkcja, bazująca na tym jakże szlachetnym archetypie. Bobby (Washington) jest zakamuflowanym agentem, który walczy z handlem narkotykami. Stig – jest oficerem wywiadu marynarki. Zostaje im przydzielone zadanie z tak głębokim dnem, że początkowo dostajemy skrętu kiszek, a istota szara nam się obkurcza. Ale spokojnie, z każdą kolejną chwilą autorzy objawiają nam nieco więcej szczegółów, a tajemnica odkrywa powoli swe wdzięki. Cóż, jak nie wiadomo o co chodzi – to chodzi o hajs. Duży hajs. Niezbyt legalny hajs. A wokół niego krąży mnóstwo zakapiorów. Niektórzy z nich są źli i przyznają się do tego. Inni – niby honorowi, niby w mundurach, ale szumowiny z nich nieziemskie.

„Agentów” ogląda się bosko. Ten film ma wszystkie elementy składowe, gwarantujące dobrą, ba – przednią, zabawę. Zaczynając od chamskiego i wrednego humoru, przez zderzenie ze sobą dwóch zupełnie innych bohaterów, z ogromem fajnej akcji, strzelanek i trupów, po Wahlberga, który nie starzeje się zupełnie. Nie jestem zbyt wielką fanką Denzela, bo on mnie na ogół drażni, ale tu daje radę. Jest zupełnie inny niż w typowej „swojej” produkcji. Jego bohater jest starym wyjadaczem, który zjadł zęby „na służbie”. Niewiele może go zaskoczyć. A jednak. Z kolei postać wykreowana przez pana Wahlberga – to taki trochę nadpobudliwy cwaniaczek, który jest mega skuteczny we wszystkim co robi: zaczynając od swojej pracy „zawodowej”, po uwodzenie kelnerek na mrugnięcie okiem. Słowo daję – na mnie to też by podziałało. Co ciekawe – obie role skonstruowane są tak, że nie obciążają się nawzajem, a miło i sympatycznie się uzupełniają. Oczywiście, ich relacja zmienia się z bardzo oschłej po wręcz braterską, ale dzieje się to subtelnie i na tle niezłej rozpierduchy. „Agenci” idealnie wpisują się w mój rozpaczliwie prosty gust. Ale mnie to bawi, cieszy i daje mega frajdę. Polecam!

ON:

Dwaj mundurowi kontra cały świat? Fantastyczne combo, które podane w odpowiedni sposób może przysporzyć nam kilka godzin rozrywki. Byli „Bad Boys”, „Miami Vice”, teraz jest „2 Guns”. Dzieło niejakiego Baltasara Kormákura czerpie co najlepsze z klasyków gatunku, dodatkowo reżyser dorzuca do kotła swoje dwie szufle węgla, aby podniecić i tak gorący klimat. Okazuje się, że mamy godnego następcę holywoodzkich komedii sensacyjnych naszpikowanych akcją.

Jest śmiesznie i wybuchowo, a o nasze dobre samopoczucie zadbają dwaj „tajniacy”: Robert “Bobby” Trench (Denzel Washington) oraz Michael “Stig” Stigman (Mark „Wiecznie Młody” Wahlberg). To kumple „z roboty”, razem prowadzą nie do końca legalne interesy. To skołują jakieś lewe dokumenty dla meksykańskiego mafioza, to znów dostarcza komuś kokę. Znają się na tyle, by zaufać sobie w czarnorynkowych transakcjach. Żaden z nich nie wie, że ten drugi pracuje dla rządu. Trench jest agentem DEA, a Michael jest oficerem wywiadu marynarki. Każdy ma inne zadanie, ale ich wspólna praca może przynieść obopólne korzyści. Niestety, w tym małżeństwie nikt nie jest szczery.

Po nie udanej akcji w Meksyku, panowie postanawiają zgarnąć 3 miliony dolarów z jednego z banków i wydać je na cele dobroczynne. Kasa ta należy do bandziorów, którzy nie są zagrożeniem dla takich kogutów, jak oni. Podczas udanej akcji okazuje się, że w sejfach nie ma trzech baniek, a jest ponad 43 miliony dolarów. Kasa bajeczna. Gdy dochodzi do „podziału” Robert ląduje w kulą w barku, a Michael oddaje kasę swojemu przełożonemu. Tyle, że żaden z nich nie zdaje sobie sprawy z tego, komu tak naprawdę zaiwanili gotówkę.

Od tej chwili zaczyna się jazda bez trzymanki. Dwaj kumple muszą poznać się na nowo i razem stawić czoło wspólnemu wrogowi. Znajdziemy tu dobrze znany z „Bad Boys” schemat dwóch różnych charakterów, facetów o odmiennych wartościach, sposobie myślenia i zachowania. Gdy jeden będzie chciał załatwić coś po cichu, drugi wlezie na chama głównymi drzwiami. Sytuacje te okraszone są odpowiednimi dialogami, często złośliwymi uwagami no i oczywiście wystrzałami z pistoletów.

Jeśli chodzi o samą historię, to nie jest ona bardzo skomplikowana, ale kolejne warstwy tortu powodują, że czasem możemy się zgubić w tym, kto w danej chwili jest zły, kto dobry, kto jest z nami, a kto przeciw nam. Z jednej strony zabieg ten pozwala wydłużyć trochę całą opowieść, z drugiej jeśli choć na chwilę spuścimy ekran z oczu może się okazać, że nie połapiemy się dlaczego opowieść toczy się w ten sposób.

„2 Guns” jest niezłym kinem akcji, wakacyjnym zapychaczem wolnego czasu. Ma wszystkie cechy dzieła sezonu ogórkowego. Ma bawić i relaksować, i robi to bardzo dobrze.