ON:

„Se7ven” jest dla mnie niedoścignionym dziełem, któro rozwaliło schemat kina klasyfikującego się jako thriller. Świetnie zagrane, genialnie nakręcone, ukraszone klimatyczną muzyką. Układanka, jaką przyjdzie nam rozwiązać z Bradem Pitem i Morganem Freemanem, jest wyjątkowa, jest tak dobra, że wielu starało się uzyskać podobny klimat. Niestety, jest tylko kilka produkcji, które mogą być mieżone na równi z kultowym „Siedem”.

Na pewno nie będzie to „Mindhunters”, film z 2004 roku opowiadający historię innego psychopaty. “Mindunters” to grupa agentów FBI, którzy zajmują się tropieniem i łapaniem wszelakiej maści świrów, lubujących się w zabijaniu. Do tej jednostki pretenduje siedmioro ludzi –  2 kobiety i 5 mężczyzn. Mają za sobą odpowiednie przeszkolenie, zbierają dowody, uczą się ile tylko mogą i potrafią, a teraz czeka ich ostateczny egzamin pod okiem Harrisa, wrednego szefa. Zabiera ich on na niewielką wyspę, gdzie będą mieli weekend na rozszyfrowanie seryjnego mordercy, zwanego Lalkarzem. Szef odlatuje z miejsca szkolenia, a siódemka rekrutów wyczekuje na 10 rano, kiedy to ma pojawić się pierwsza ofiara. Tak też się dzieje. O 10 rano w jednym z budynków znajduje się manekin, będący pierwszym trofeum Lalkarza. Ekipa zabiera się za badanie „miejsca zbrodni”. Nie znajdują za wiele, co wzbudza ich konsternacje, gdy w pewnym momencie na jednej z półek zaczyna grać mały, zabawkowy magnetofon. Naciśniecie „STOP” przez jednego z agentów uaktywnia pułapkę, która doprowadza do śmierci jednego znich. Zaczyna się rozgrywka, w której stawką jest życie wszystkich agentów.

Nie chce się rozpisywać o fabule, ponieważ każdy szczegół może zaspojlerować zakończnenie filmu. Skupię się na czymś innym. Może zacznę do minusów. „Mindhunters” wygląda tak, jakby był nakręcony pod koniec lat 90-tych, a tak naprawdę jest obrazem z 2004 roku. Gra aktorska nie jest zbyt wysokich lotów, czasami wręcz może odrzucić, scenariusz jest dobry tylko w 2/3, bo końcówka może bardzo zawieść. Ktoś kto przeczyta powyższe słowa, pomyśli sobie: „To po cholerę mam to oglądać?”. Już mam mówię. Pomimo tych niedociągnięć, film ma klimat, ma całkiem dobre zdjęcia i do pewnego czasu świetnie poprowadzoną historię. Niech najlepszą reklamą będzie Paulina, która podczas jednej ze scen prawktycznie podskoczyła, a później wyrzuciała z siebie: „O ku…a, o ku..a!!!” Jeśli będziecie mieć chwilę wolnego czasu i ochotę na takie kino, to możecie spróbować zmierzyć się z „Mindhunters” – możliwe, że film przypadnie wam do gustu. Ale jak wspomniałem na początku, „Siedem” to jednak nie jest.

ONA:

Zastanawiam się jak można nakręcić film, który jest sam w sobie biegunowo różny i nie można o nim powiedzieć jednoznacznie, że jest “totalnie tragiczny” czy “totalnie zajebisty”. Bo nie-stety, spełnia oba te kryteria.

A było to tak… Najpierw obejrzeliśmy w pudle “Kuchenne rewolucje”, czego nie robimy zbyt często, bo program zaczyna mieć syndrom “Przerost formy nad treścią”. Pani Gesslerowa ratowała cieszyńską knajpę, a Dawid ochoczo powtarzał “Jeeeee, ja chce tam pojechać na piwo!” (i tak przez godzinę). Ale szoł się skończył, a my koniecznie chcieliśmy coś obejrzeć (ja pod rower – jeździ mi się tak o wiele lepiej). W domu mamy sporo filmów – nie żebym się chwaliła. Mamy też abonament VOD, który ma tysiące filmów, mamy i  kablówkę. Tyle możliwości i nic. Smętnie szukaliśmy czegoś, czegokolwiek, co moglibyśmy obejrzeć. Wyśmienicie pamiętam moje pierwsze DVD i “Kilera”, którego mama kupiła z jakąś gazetą. Oglądałam to tak często, że do dziś nie mogę się patrzeć na pana Cezarego. Teraz, kiedy mam praktycznie niekończące się źródło filmów – od razu mówię, 0 piracenia, to siedzę zwieszona i zastanawiam się co obejrzeć. Z pomocą przyszedł Dawid, który w tej kwestii jest niezawodny. – “Mindhunters”, widziałaś? – zapytał… po czym dodał – Klimat trochę jak w “Siedem”. Niech będzie!

Lubię takie historie, kiedy grupa osób, która aktualnie przebywa w odosobnieniu, trafia w szpony psychola, wykończającego ich sztuka po sztuce. Od pierwszych chwil próbuję rozszyfrować zagadkę kim jest tajemniczy morderca, kto zginie, kto przeżyje. Czasami trafiam, czasami nie. Zawsze jednak daję się złapać na tym samym – skupiam się na głupotach, nie zwracając uwagi na detale. W filmie “Łowcy umysłów”, którego tytuł kojarzy mi się z jakimś cybernetyczno-przyszłościowym szitem (takich filmów nie znoszę, poza wąskim gronem wyjątków, na czele ze „Star Wars”), grupą skazaną na śmierć są agenci FBI, którzy uczestniczą w doskonalącym ich wyjątkowe umiejętności szkoleniu. Uczą się jak ścigać seryjnych zabójców, a ich mistrzem-nauczycielem jest charyzmatyczny Harris (Val Kilmer jeszcze bez nadwagi). Jest ich kilku. Grupa mieszana, są kobiety, są mężczyźni, jest czarny i jest kaleka – poprawność polityczna na najwyższym poziomie. I tak zaczynają sobie po kolei padać jak muchy, w mniej lub bardziej finezyjny sposób. Oczywiście, najpierw myślą, że to wszystko to jeden wielki trening, ale wtedy umiera pierwsza osoba, więc reszcie coś zaczyna śmierdzieć. Śmierdzieć dosłownie – trupem.

W filmie czai się mnóstwo błędów i pomyłek. Fizyka zaprzecza wielokrotnie temu, co zostało już udowodnione, merytoryka płacze cicho w kącie, gra aktorska jest na poziomie kapusty w bigosie, która udaje, że kisi dupę w jacuzzi. Całość nakręcona jest na poziomie nędznych lat 90tych, kiedy kicz był czymś obowiązkowym, a ten film powstał w 2004 – heloł, coś jest nie tak. Tym bardziej, że oglądałam go z zapartym tchem, skubiąc nerwowo skórki wokół paznokci. Ciągle próbowałam rozszyfrować kto jest czubem i za każdym razem zaliczałam pudło.

Pomijając to wszystko, co w tym filmie jest tragiczne, nędzne i żałosne, na czele z Jonny Lee Millerem, ten film warto obejrzeć. Poważnie. Wiem, że to wszystko co napisałam nie trzyma się sensownej kupy, ale nie zrozumie tego ten, kto nie poświęcił 106 minut na dzieło Renny’ego Harlina.