ON:

Były tygodnie z kinem polskim, to dlaczego nie mamy zrobić sobie siedmiu dni z amerykańskimi komediami lat 80-tych? I tak Marudy w dniu wczorajszym odpaliły pierwszy z obrazów, które powstały we wspaniałych latach kiczu. Zaczęliśmy od „Weekendu u Berniego”.

Jeśli ktoś nie zna tego dzieła, to pragnę poinformować, iż miało ono premierę w 1989 roku i od razu podbiło moje serce. Prawdą jest, że widziałem go dopiero kilka lat później, ponieważ musiało pojawić się na pirackich VHS-ach, ale w dobie dzisiejszej techniki można takie starocie obejrzeć na VOD za kilka zeta albo zamówić na Amazonie lub Zavvi w odświeżonych wersjach za 2-3 funty. To prosta, lecz nawet po dwudziestu latach śmieszna i trzymająca poziom, komedyjka o dwójce nieudaczników, którym los pozwolił wygrać złoty bilet do luksusu albo tak się im wydaje. Już mówię o co chodzi.

Larry Wilson i Richard Parker pracują w firmie ubezpieczeniowej. To takie dwa młode geeki, którzy wprowadzają do spółki system komputerowy. Ich bezpośrednim przełożonym jest Bernie Lomax – facet w średnim wieku, który pławi się w luksusach. Piękne auta, szybkie kobiety, wspaniałe domy. Czegoś właśnie takiego pragną wspomniani chłopcy. Podczas niedzielnego popołudnia, które spędzają w firmie, okazuje się, że w analizowanych wydrukach znajduje się błąd. Gdzieś podziało się 2 miliony dolarów. Kwota jak na lata 80-te  – bajońska. Panowie stwierdzają więc, że w poniedziałek odwiedzą szefa, powiedzą mu o swoim odkryciu i dzięki temu od razu przeskoczą kilka szczebelków w korporacyjnej karierze. Bernie postanawia ich nagrodzić i zaprosić ich na weekend do swojego wypasionego domu na wyspie. Wszystko dlatego, że wspomnianą kasę zdefraudował, a przy okazji współpracuje z mafią i jeśli ta informacja wyjdzie na zewnątrz, to wszyscy będą w ogromnej dupie. W czasie gdy panowie pakują się na wyjazd, ich szef ma spotkanie z mafiozami i prosi ich o wykończenie niewygodnych świadków. Po kilku prośbach zgadzają na takie rozwiązanie i obiecują wysłać speca od mokrej roboty. Ponieważ zachłanność oraz nieudacznictwo Berniego powoduje frustrację u bandytów, to postanawiają ściągnąć właśnie jego. W końcu stłamszą problem w zarodku. W dniu wizyty Larry’ego oraz Richarda na wyspie pojawia się zabójca. Wykańcza uciążliwego spekulanta finansowego, po czym oddala w się w siną dal. Gdy podwładni dochodzą do tego, że ich boss odłożył łychę, to wpadają w lekką panikę. Co zrobić? Dzwonić po gliny? Brać nogi za pas? Nie są jednak w stanie podjąć żadnej decyzji, ponieważ do domu zwalają się imprezowicze. Nasi bohaterowie stają na sutach, aby nikt nie dowiedział się, iż Bernie nie żyje.

To klasyk jakich mało. Minęło ponad 20 jego primery i nadal bawi mnie ten dowcip. Może całość lekko się zestarzała, ale i tak lubię spędzić „Weekend u Berniego”.

ONA:

Lata osiemdziesiąte. Czas kiczu we wszystkim. Mój ukochany zabawiał się ze swoimi puclatymi sąsiadkami w doktora, a ja wygrałam swój pierwszy (i jedyny póki co) wyścig do maminego jajeczka. Bo pamiętajcie, kiedy już wszyscy w was zwątpili, nic tak nie podbija ego jak świadomość, że było się kiedyś tym najlepszym z całej zgrai kijanek! Boże, jestem mistrzem zbaczania z tematu!

Generalnie chodziło mi o to, że lata 80 ubiegłego wieku były dla mnie zupełnie inne niż dla Dejwa. Wiele filmów przeszło mi obok nosa i jakoś tak średnio chętnie miałam ochotę wypełniać tę lukę. Do wczorajszego wieczora, kiedy to z ust Dawida padła propozycja „Tydzień z komediami sprzed 30 lat” (tak, lata osiemdziesiąte były 3 dekady temu). Zaczęliśmy od filmu, którego znam, widziałam i o dziwo lubię, czyli „Weekend u Berniego”, który jak dla mnie jest jednym z klasyków tamtych czasów.

Larry i Richard są kumplami, którzy razem pracują. Pewnego dnia odkrywają oszustwo finansowe na sumę 2 dużych, zielonych baniek. W te pędy biegną do swojego szefa, Berniego, by go o tym poinformować. Po wyjaśnieniu przełożony klepie ich mentalnie po ramieniu, chwali, łechta ich chłonną próżność – w końcu ktoś dyma firmę na duże kwoty. Zaprasza więc chłopaków do swoje posiadłości na plaży, gwarantując relaks i dobrą zabawę. Nie murzę chyba dodawać, że Larry i Richard są zachwyceni i praktycznie sikają w gacie z radości… Tymczasem intencje ich szefa wcale nie są takie dobre. Okazuje się, że to on defrauduje kasę i dlatego postanawia zrobić wszystko, by jego dociekliwi pracownicy przestali stąpać po Matce Ziemi. Udaje się więc do mafiopodobnego stwora, Vito, którego prosi by pomógł mu upozorować samobójstwo chłopaków. Pierwszy punkt tego planu już mu się udał – jego pracownicy zostali zwabieni do pułapki. Vito zgadza się, ale on również ma zgoła inny plan. Nie ma zamiaru grać z Bernie’m do jednej bramki, wręcz przeciwnie. Wkurzony z powodu jego nieostrożności i chciwości, postanawia nasłać na niego jednego z kiziorów. Fabuła się zagęszcza…

Jeśli zastanawiacie się kto kogo pierwszy sprzątnie, to zaspoileruję. Najpierw ginie Bernie.  Chłopaki znajdują go już lekko sztywnego w jego domu i zaczynają panikować, że to oni będą oskarżeni. I akurat w posiadłości pojawiają się tłumy weekendowych imprezowiczów. Na kanapie siedzą przerażeni Larry i Richard oraz wyluzowany jak nigdy Bernie.

Komedia jest świetna. Gwarantuje rozrywkę i dużą dawkę cierpkiego humoru. Do tego mam wrażenie, że pomimo zupełnie innego stylu, nie zestarzał się ani trochę. To dalej moc.