ONA:

Klasyka z lat 90., a Dawid tego filmu nie widział, więc na kolację podano Wahlberga i Whiterspoon w wersji sprzed szesnastu lat.

Film o pierwszej miłości. Jak to zwykle bywa, takie zauroczenie potrafi namieszać nieźle w głowie. Nicole jest głupią małolatą, która mieszka z ojcem i macochą (czemu zawsze w takich filmach są macochy? Kompleks z Kopciuszka?) w pięknym domu na uboczu. Tatuś jest architektem (do tego strasznie zapracowanym), więc rezydencja urywa tyłek. Ma być twierdzą, której nie da się zdobyć. Oczywiście, jak to w życiu bywa (szczególnie w nastoletnim życiu), dziewczyna zakochuje się w złym facecie. Oczywiście, chłopak dobrze się maskuje, ponieważ zaczyna od zauroczenia całej rodziny, a potem pokazuje pazurki. Najpierw dotkliwie bije przyjaciela głównej bohaterki, by w końcu go zabić, potem zaciąga do wyra jej najlepszą przyjaciółkę, ostro flirtuje z macochą i sprzedaje liścia Nicole. Ale udało się mu również ściągnąć jej sim-locka. Ach, te głupiutkie nastolatki. Dziewczyna koniec końców przeciera oczy i widzi, że jej ukochany to potwór. Niestety, za późno. Koleś ma już tak nakręcone pod czachą, że chce porwać młodą i spędzić z nią resztę życia. Udaje się więc do domowej twierdzy i akcja się zaczyna…

Klasyka, jak dla mnie, kina mrocznego z lat dziewięćdziesiątych. Całkiem nieźle się ten film ogląda, ale nie ma w nim za grosz nieprzewidywalności, tajemnicy. Ot, lekki thriller, z happy endem.

ON:

Filmów taki jak ten było setki jak nie tysiące i pewnie też tyle powstanie, ale w tym smaczkiem jest młody Marky Mark, który pod kołderką ślicznego spokojnego chłopaczka skrywa „pojeba pierwszej wody” To thriller, który mimo długiego rozpędu całkiem zgrabnie rozwija się po pierwszych 30 minutach. Od początku bowiem wiemy, że coś wisi w powietrzu, ale reżyser nie chce nam podać tej informacji tak od razu. To dobrze, ale uważam, że jednak nie trafił w idealny moment.

Ale konkrety. Mamy młodą, naiwną i zbuntowaną nastkę, której bogaty tatuś nie potrafi utrzymać na smyczy. Włóczy się więc cielaczek ze znajomymi po barach, imprezach i klubach i tam poznaje kolesia, który jest po prostu ideałem. Rozkochuje on w sobie wszystkich bo miły uczynny i po prostu ach i ech. Sielanka szybko się kończy, gdy podczas napadu szału butuje kumpla naszego cielaczka. Rozumiem, że mu się typek nie spodobał, bo to taki kolega typ informatyk, flanelowa koszula, bryle i włosy jak u „Ziółka” z Ally McBeal. No to dobra przebaczyć mu trzeba, za te włosy i koszule się facetowi należało. No to kolejne podejście. Książę na dzikim koniu (albo może z dzikim koniem między nogami) z podkulonym ogonem wraca do swojej księżniczki. Znowu ładnie do czasu jak nasza panienka dowiaduje się iż jego rumak znalazł sobie nową stajnie u jej koleżanki. Gdzieś pomiędzy tymi scenami mamy dialogi dziewczyny z ojcem i macochą (która nie jest taką złą babką tyle, że nie potrafi znaleźć z naszą bohaterką wspólnego języka) I tak dochodzimy do finału kiedy to nasz lovelas przyjeżdża odbić z rąk złego ojca swoją ukochaną.

Z ciekawostek:

  • co za debil mieszkając w centrum miasta łazi do szkoły przez las
  • robienie tatuażu przy pomocy noża i rozwalonego długopisu to wielki dowód miłości
  • pamiętajcie wasza córka może przekazać kod do drzwi wejściowych pierwszemu lepszemu, któremu chce dać
  • owczarek potrafi stracić głowę dla nieznajomego

Film nie jest zły. Trzeba pamiętać, że to lata dziewięćdziesiąte wtedy takie filmy inaczej wyglądały. Mimo luk w scenariuszu i wolno rozkręcającej się akcji można go spokojnie obejrzeć, ale “Przylądek strachu” to, to nie jest.