ON:
Gdy dowiedziałem się, że Rodriguez, Miller i Tarantino wzięli się za „Miasto grzechu”, to me serce zabiło mocniej i szybciej. Dlaczego? Bo jeden z najlepszych komiksów EVER, który dostał „Eisnera”, będzie miał swoją kinową wersję. Gdy do wszystkiego dodano informację o obsadzie, to mało nie popuściłem w gacie. Dobra popuściłem i musiałem zmienić pieluchę. Willis, Rourke, Owen, Del Toro, Wood, Alba, King, Murphy to tylko kilka z nazwisk, jakie pojawiły się na plakatach.
Historia opowiedziana na ekranach naszych kin, a później i telewizorów, skupia się na opowieściach zawartych w trzech tomach tego czarno-białego komiksu. Poznamy losy bohaterów z „Klient ma zawsze rację”, późnej zaś śledzić będziemy historię z „Trudnego pożegnania”, „Krwawej jatki” oraz „Tego żółtego drania”. Twórcy mieli ciężki orzech do zgryzienia, bowiem każda z opowieści, jaka pojawiła się w zeszytach jest cholernie dobra i wybrać najlepsze jest trudno. Bardzo mocną stroną projektu jest jego komiksowy klimat, który uzyskano poprzez czarno-białe, przekontrastowione kadry, imitują one okienka z obrazkowych historyjek. Dodatkowo film jest kręcony w sposób dość specyficzny, jakby w zwolnionym tempie. Dzięki temu wydaje się nam, że oglądamy interaktywny comicbook. W wersji reżyserskiej pojawiły się nowe sceny, które rozszerzają zawartość znaną z obrazkowych historii. To bardzo fajny ukłon dla fanów opowieści Millera. Osoba niemająca wcześniej do czynienia z „Sin City” nie zwróci na to uwagi. No i chyba najważniejsze jest to, że wszystkie epizody w wersji filmowej połączono w jedną kompletną opowieść.
Dlaczego „Miasto grzechu” pojawia się w naszym zestawieniu o psychozach? Ponieważ to idealne wręcz dzieło, w którym świrów pojawia się cała masa. Marv, pomimo, że pozytywny, głowę ma zaprzątniętą tylko jedną myślą. Zemstą, która ma dosięgnąć psychopatycznego mordercę kobiet – Kevina. Pomóc ma mu w tym ukochana broń – „Gladys”. Hartigan – „pan prawo i porządek” postanawia rozprawić się z żółtoskórym pojebem, uwielbiającym oglądać cierpiące kobiety. Obaj panowie kierują się wewnętrznym nakazem, obsesją prowadząca ich do zguby, ale i odkupienia. Kara, jaką zmierzają wymierzyć psychopatom, jest tylko jedna – śmierć. Oni nie zastanawiają się nad przesłankami kierującymi tymi mężczyznami. W ich mniemaniu są oni z natury źli i zepsuci, a ich „chore hobby” musi zostać powstrzymane raz na zawsze. Marv, tak samo jak Hartigan, stawia dobro innych ponad prawo, wiedząc, że policja jest tak samo brudna i zepsuta, jak poszukiwani przez nich faceci, którzy nie mają oporów przed eliminacją „stróżów prawa”.
Miller w komiksie, jak i w filmie, nie zastanawia się nad powodem występków, jakie poczynają Kevin i „żółty drań”. Dla niego ważny jest końcowy efekt, czyli kara. Każda zbrodnia zasługuje na takową. Pisał już o tym Dostojewski w „Zbrodni i karze”. Pomimo tego, iż bohaterowie pozytywni walczą w dobrej wierze, to droga, która usłali trupami, nie może pozostać niezauważona. Oni także poniosą konsekwencje za swoje czyny.
Dla mnie „Sin City” jest rewelacyjną adaptacją komiksowych historii. Nie brak tutaj niczego i każdy powieści graficznych znajdzie w filmie coś dla siebie. Niestety kino to może „nie podejść” pozostałym widzom. Jeśli kochacie opowieści obrazkowe to jest to dzieło dla was. Za cholerę tego filmu nie chce (i nie umie) zrozumieć moja kobieta, która słysząc “Obejrzyjmy Sin City!” wolała wybrać długą wycieczkę z dzieciakami.
