Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Hitchcock

ONA:

Ku uciesze Dawida, dawno nie oglądaliśmy żadnego filmu biograficznego. Jednak ten swoisty post wreszcie się skończył. Niestety, ukochany nie miał zbyt dużego wyboru i został posadzony przed „Hitchcockiem”. 

Moje nadzieje w stosunku do tego filmu były ogromne. Nie, były wręcz gargantuiczne. Przede wszystkim obsada: w roli tytułowej Anthony Hopkins, u jego boku Helen Mirren, gdzieś dalej Scarlett Johansson. Potem scenariusz, stworzony przez Johna J. McLaughlina, który co prawda nie ma zbyt bogatego dorobku, ale jednak był jednym z twórców „Czarnego łabędzia”. Idźmy dalej… Sama fabuła – kurczę, ktoś w końcu wziął na warsztat jednego z najważniejszych twórców współczesnego kina.

Alfred Hitchcock był człowiekiem wielkim, nie tylko gabarytowo, ale i charakterowo. Ten pochodzący z Londynu facet, przeprowadził się do Hollywood, by tam tworzyć rzeczy wielkie, zachwycające i ponadczasowe. Tam też zdobył tytuł króla suspensu i thrillera psychologicznego i paradoksalnie, nigdy nie zdobył najważniejszej nagrody w kinematografii. Inaczej, zdobył Oscara, ale za dorobek. W tej kategorii nagrody przyznawane są tylko po to, bo w pewnym momencie wypada ją komuś tam przyznać. Sam Alfred H. miał ogromne pretensje do Akademii, bo jak to jest, przynosi amerykańskiej kinematografii miliony dolków zysku, jego nazwisko popularne jest na całym świecie, tworzy coś nowego, innego, coś co przechodzi do historii, a oni rok rocznie mają go w dupie. Od 1922, gdy zaczął realizować swój pierwszy niemy film, do 1966 niemal co rok tworzył nowe dzieło. Po tym czasie nakręcił jeszcze 3 filmy – ostatni mając 77 lat (4 lata przed śmiercią). Jego styl był wybitny, do teraz wiele ze scen, które stworzył, należy do kanonu i pokazywane są przyszłym filmowcom jako wzór. A my, widzowie? Dzięki Hitchcockowi możemy siedzieć w bezpiecznym miejscu, oglądając coś dzikiego, brutalnego. My wyłącznie obserwujemy, podglądamy wręcz. Typową cechą jego filmu jest obecność blondynek, bo miał do nich niemożliwą słabość. Mówił „Blondynki najlepiej nadają się na ofiary. Są jak śnieg, na którym znać krwawe ślady stóp.” Zresztą, on swoim aktorkom zdrowo psuł głowy. Nie tworzył kina banalnego, nie był typowym reżyserem ani producentem. Jego filmy momentami zahaczały o obrzydliwość, ale nie odrzucały. Poza skłonnością do różnych form sadyzmu, Alfred był człowiekiem o ogromnym poczuciu humoru, lubił dobrze zjeść, wypić, pobalować. Przedstawiał się jako Hitch bez fiuta: „Just Hitch, no cock”. No i miał żonę, scenarzystkę Almę Reville, z którą współpracował przy wielu swoich produkcjach. Alma była kobietą, która totalnie wspierała swojego mężczyznę. W niejednej biografii pojawiały się słowa, że to ona kształtował jego filmy, zachęcała go do przekraczania barier w tej sztuce. Była jego opoką, jego ostrym recenzentem i razem tworzyli wspaniały duet, który przeżył wspólnie 54 lata.

Hitchcock zmienił kinematografię, obdarł ją z teatralnego statyzmu, dorzucając ogrom ruchu, bawiąc się montażem. Wodził, ba – do dziś wodzi swoich widzów za nos. Zdecydowanie stawiał na suspens, niż na tradycyjny zwrot akcji. Nikt tak jak on nie potrafił budować napięcia za pomocą detali. Zawodowo zajmował się produkcją strachu. Bawił się nim i owijał go w seksualność. I co ciekawe – w większości swoich filmów pojawiał się w epizodycznych rólkach w tle. I właśnie o tym człowieku dopiero w 2012 roku nakręcono pełnometrażową produkcję.

Fabuła zaczyna się w 1959, gdy do kin wszedł film „Północ, północny zachód”. Niby wszyscy się zachwycają produkcją, ale pojawiają się też głosy, że nie ma w tym filmie świeżości. Czy to czas na emeryturę, panie Hitchcock? Wystarczyło przeczytać tę nie do końca pochlebną recenzję, by urazić artystę do żywego. Hitch postanawia zrobić co w jego mocy, by jego kolejny film był totalnie zachwycający. Zaczął się proces szukania weny i dobrego scenariusza. Intrygująca historia to przecież podstawa! I wtedy w jego rękach znalazł się egzemplarz „Psychozy’, książki Roberta Blocha o popieprzonym kolesiu. Tak, to było to. Z miejsca nakazał wykupienie wszystkich książek, by ludzie nie zaspoilerowali sobie jego filmu. Na ekranie widzimy proces „składania” filmu w całość: najpierw batalię o dystrybutora, potem szukanie aktorów, by wreszcie znaleźć się na planie najlepszego filmu, który został stworzony przez tego pana. On, tworząc to dzieło, jeszcze o tym nie wiedział, ale postawił na niego wszystko – dosłownie! Jako, że Paramount nie za bardzo miał ochotę wyskoczyć z kapuchy, twórcy musieli sami zadbać o finanse. Hitchcockowie zastawili swoją posiadłość… I z każdym kolejnym klapsem w Alfredzie narastały coraz większe wątpliwości. Jego wizja filmu nie była sztampowa, a co za tym idzie, wielcy dystrybutorzy bali się tego, jak zostanie odebrany. Potem pojawiły się problemy z cenzorem, by na koniec dosłownie na włosku zawisło małżeństwo państwa H. I tak właściwie film „Hitchcock” jest obrazem, który składa się z „psychozy” reżysera, wymieszanego z wątkiem miłosnym. Ale widzimy też kilka innych scen, pokazujących jakimi ludźmi byli Alma i Alfred.

Mam kilka zastrzeżeń. Zdecydowanie finał tej produkcji jest zbyt ckliwy. Świetnie, że Alma pokazana jest jako „głos rozsądku”, który kierował męża, ale chyba wolałabym nie wiedzieć, że człowiek o tak brutalnej wyobraźni był klasycznym pantoflem. Kolejny mój zarzut dotyczy długości tego filmu. 98 minut to o wiele za mało, by pokazać w pełni jakim był człowiekiem, ale jak widać, twórcy woleli skupić się na dwóch wątkach. Oczywiście, jak najbardziej polecam, bo jest to mimo wszystko ciekawa produkcja, ale najlepiej uzupełnić ją o liczne artykuły na temat mistrza suspensu.

ON:

Nigdy nie byłem i raczej nie będę fanem filmów biograficznych. To przez to, że większość tych historii jest podana w tak nudny sposób, że idzie sobie wydłubać oko. Zdarzają się perełki typu „Jak zostać królem”, ale jest ich na tyle mało, że ciężko je wymieniać. Przeważnie dostajemy nudne jak flaki z olejem i przegadane dzieła. Szkoda, bo jest wiele osób, o których można nakręcić świetny film i zrobić to w sposób ciekawy. Niech przykładem będzie „Capote” z Philipem Seymourem Hoffmanem.

Dziś Paulina wygrzebała historię innego twórcy, znanego przede wszystkim z kina pełnego suspensu . Mowa oczywiście o Alfredzie Hitchcocku. Ten reżyser po ukończeniu „Północ, północny zachód” stanął na rozdrożach i zupełnie stracił wenę. Poszukiwanie kolejnego dzieła, które nada się na ekranizację, nie idzie najlepiej. Najgorsze jest to, że wszyscy wiedzą jakiego kina się po nim spodziewać. Fantastyczne by było, gdyby udało się stworzyć coś, co zaskoczy każdego: i krytyków, i widownię. Przypadkowo w ręce reżysera wpada powieść Roberta Blocha pod tytułem „Psycho”. Ponieważ dzieło było dość drastyczne i brutalne, to na dzień dobry zostało negatywnie przyjęte przez wytwórnię, której reżyser „wisiał” jeszcze jeden film. Na nic zdały się groźby i prośby. „Psychoza” nie miała się doczekać ekranizacji. Upór Alfreda był jednak tak ogromny, że postanowił za wszelką cenę doprowadzić do nagrania tego filmu. W całym przedsięwzięciu pomogły mu dwie osoby. Pierwszą z nich był jego agent – Lew Wasserman, a drugą i najważniejszą jego żona – Alma Reville. To ona była cały czas przy nim, nawet w tych najgorszych momentach, kiedy wydawało się, że wszystko jest stracone. Dzięki wsparciu takich kobiet, wielcy twórcy mogą pozwolić sobie na chwile słabości.

Właśnie na historii powstawania „Psychozy” skupia się „Hitchcock”. Nie ma tutaj wielu wątków, reżyser Sacha Gervasi skupia się na tym co najważniejsze. Widzimy walkę Alfreda z wytwórnią i krytykami, poznajemy jego stosunki z żoną oraz z ekipą filmową, jest także wątek miłosny, a dokładniej wątek zazdrosny. Bardzo zaskoczył mnie Anthony Hopkins wcielający się w postać wielkiego reżysera. Naprawdę ciekawie wypadł w swojej roli. Niestety, to za mało, aby doprowadzić mnie do zachwytu. Jest po prostu przeciętnie. To zupełnie nie moje kino. Pomimo tego, że przyszło mi oglądać kilka filmów wybitnego reżysera, to nie jestem jego wielkim wyznawcą. W swoich czasach był innowatorem, stworzył własny styl, ale nie przekonuje mnie do siebie zupełnie. Dlatego może całość bardziej mnie znudziła niż zaciekawiła.