ONA:
W pewnym internetowym plebiscycie na najbardziej czarny charakter wszech czasów Annie Wilkes z „Misery” zajęła 5-te miejsce. Bo przecież mordercze zapędy zwichrowanych psychik nie są specjalnością wyłącznie facetów… Ba, mam wrażenie, że my jesteśmy nawet bardziej skłonne do tego typu zachowań, bo jest to związane z ciągłymi wahaniami nastrojów, skokami hormonalnymi i permanentnym napięciem okresowym (przed, po i w trakcie).
Paul Sheldon (James Caan) jest pisarzem, którego powieści idealnie trafiają do wszelkich kur domowych – takie przynajmniej odniosłam wrażenie. Akurat tworzy kolejną część przygód Misery. Jednak los, w połączeniu z Matką Naturą, bywa okrutny. Paul ma bardzo ciężki wypadek samochodowy i nie dość, że jest na totalnym zadupiu, to do tego pisarz ma ogromne obrażenia. Już prawie „idzie w stronę światła”, gdy nagle, ni stąd, ni zowąd ktoś go wyciąga z wraku. Tą osobą jest Annie Wilkes (Kathy Bates), pielęgniarka i wielka fanka jego twórczości. Oczywiście, ona z miejsca go rozpoznaje i rozpływa się w zachwytach, stając jednocześnie na wysokości zadania i biorąc sobie za cel wyleczenie swojego idola. Wydawać by się mogło, że Paul nie mógł lepiej trafić. Annie jest opiekuńcza, ale rozsądna. Profesjonalnie nastawiła mu pogruchotany bark i zabezpieczyła połamane nogi. Ale czar pryska ekstremalnie szybko. W jednej chwili z uroczej ciepłej kluchy, kobieta zmienia się w totalnie popieprzoną babę, która wrzeszczy, grozi i szantażuje pisarza. Absolutna kołomyja. Paul szybko zdaje sobie sprawę z tego, w jak głębokiej dupie jest. Nie dosyć, że jest połamany i przytwierdzony do łóżka/wózka, to jeszcze wokół szaleje solidna zima, a jego gospodyni jest nie tylko psychiczna, ale i zdrowo nieobliczalna. Postanawia jednak jakoś próbować uciec. Nie łyka pigułek, ukrywa różnego rodzaju przedmioty, dzięki którym może np. otworzyć drzwi i zastanawia się jak pokonać smoczycę. A co robi kobieta? Poza znęcaniem się psychicznym nad swoim gościem, zmusza go do stworzenia kolejnej części przygód Misery, ale według jej pomysłu. Czyta każdy rozdział, nanosi poprawki, daje sugestie. Facet wie, że musi „zadowalać” Wikles, bo poniekąd to daje mu względny spokój. Tymczasem, po drugiej stronie miasta, szeryf zaczyna powoli łączyć kawałki układanki. Media szaleją – wielki pisarz zaginął, całkiem możliwe, że zginął. A stróż prawa ma przeczucie. Jak to się może skończyć? No cóż, ktoś musi umrzeć…
„Misery” to przegenialny film, który do samego końca trzyma nasze jaja w garści, co jakiś czas ściskając mocniej. Jego klimat jest niesamowity i wyjątkowy. Prawie cały film rozgrywa się w jednym pokoju, co daje nam klaustrofobiczne uczucie. Gdy Paulowi udaje się co jakiś czas, pod nieobecność gospodyni, pojeździć po jej domu, mamy wrażenie, że zaraz coś strąci, coś spadnie – jest ciasno, wąsko i zagracono. Z zewnątrz to piękny domek na uboczu. Wewnątrz – to mordercza pułapka, w której mieszka absolutnie niezrównoważona baba ze zwichrowaną psychiką. Traktuje swojego gościa z boską czcią. Sama stworzyła sobie swój iluzoryczny świat, a fikcja (literacka) miesza się jej z realnością. Nie trudno domyśleć się, że „zakochuje” się w idolu i nie ma zamiaru go tak bez walki wypuścić. I będzie to walka na śmierć i życie.
Thriller Roba Reinera, oparty na książce Kinga, jest klasykiem, o którym nie sposób nie wspominać, gdy bierzemy pod uwagę filmowe czy literackie popieprzenie. Książki nie czytałam, za to o ekranizacji mogę rozpisywać się bez końca. Kathy Bates zmiażdżyła całą obsadę swoją rolą. Dualizm jej bohaterki jest wręcz przerażający. Z jednej strony mamy typową ciepłą kluchę, która trochę przypomina mi nastolatkę z dobrego domu, w skromnych ubraniach i z krzyżykiem na szyi, z łagodnym i delikatnym wyrazem twarzy, pełną dobrych uczuć, opiekuńczą i czułą, by po dosłownie SEKUNDZIE mieć jej totalne przeciwieństwo. Annie jest wręcz książkowym przykładem na niezrównoważenie psychiczne. Gęsia skórka aż po sam kark – gwarantowana.
Reżyser, mimo, że kręcił film w bardzo niewielkim miejscu, jakim jest jeden pokój, zadbał o dynamikę i nie można mówić o przestojach czy chwilach nudy i spokoju. Tu wszystko skonstruowane i podane jest tak, by ciągle trzymać widza w napięciu. Ten film się nie nudzi. Nawet, gdy ogląda się go kolejny i kolejny raz.
ON:
Od momentu gdy zeszliśmy z drzewa i zaczęliśmy się okładać kośćmi po włochatych łbach, staliśmy się obiektem badań naukowców, którzy chcieli dociec „dlaczego?”. Jedni uważali, że to przez popęd seksualny, inni twierdzili, że winny jest pierwiastek zwierzęcy, a jeszcze inni obwiniali za to stwórcę. Kaznodzieje bronili swych owieczek mówiąc o wolnej woli, a owieczki nadal zabijały bliźnich, nie zważając na zakazy i przykazania. Takimi aspołecznymi jednostkami zajęła się nauka, a dokładniej psychologia i psychiatria. Lekarze zaczęli przepisywać wszystkim pigułki szczęścia, ale przez to świat nie stawał się piękniejszym miejscem. Sinead O’Conor mówiła „Trudno znaleźć dobre miejsce na świecie, bo świat nie jest dobrym miejscem”. Sami jesteśmy sobie winni takiego stanu rzeczy.
Annie Wilkes (Kathy Bates) jest przykładem człowieka z problemami, które wydostały się z jej głowy i stały się częścią otaczającego ją świata. Na codzień była pielęgniarką ze skrzętnie ukrywaną tajemnicą, prywatnym krzyżem, jaki ciągnie przez życie. Mieszka w domu na odludziu w stanie Colorado, gdzie zaczytuje się w książki znanego pisarza Paula Sheldona (James Caan), a towarzystwa dotrzymuje jej udomowiona maciora. Ta smutna egzystencja zostaje niespodziewanie przerwana w dniu, gdy kobieta odnajdzie zakopany w śniegu samochód. Los okazał się dla niej łaskawy, gdyż w rozbitym aucie znajduje się nieprzytomne ciało jej idola, faceta, który daje jej jedną radość – książki. Annie zabiera pisarza do domu i tam zaczyna się nim opiekować najlepiej jak tylko potrafi. Złamane nogi nastawia i usztywnia, podaje mu leki i środki przeciwbólowe, karmi i dotrzymuje towarzystwa. Śnieżyca i zasypane drogi uniemożliwiają jej na przewiezienie rozbitka do szpitala. Przynajmniej tak sprawa wygląda na początku. W jej chorym umyśle pojawia się plan, który zaczyna realizować z ogromną zaciętością. Zmusza bowiem Sheldona do spalenia maszynopisu jego najnowszej powieści (miał go ze sobą w aucie) i każe napisać nową, ostateczną wersję przygód jej ukochanej bohaterki. Przetrzymywany siłą i unieruchomiony facet czuje się bezradny i zrezygnowany, ale i w nim pojawia się pierwiastek prehistorycznego wojownika. Stara się uciec z koszmaru zaserwowanego przez Annie. Niestety, jego próby nie dość, że kończą się niepowodzeniem, to jeszcze czekać go będzie ogromna kara, jaką wymierzy mu psychopatyczna opiekunka.
Film na podstawie prozy Kinga, jest chyba najlepszą ekranizacją jego powieści, jaka do tej pory ukazała się w „kinie i na kasecie”. Kathy Bates jest jeszcze bardziej demoniczna niż Jack Nicholson w „Lśnieniu”, spowodowane to jest skokami jej nastrojów. Potrafi być miła i kochana, by po kilku sekundach stać się demonem bez zahamowań. Reżyserowi Robowi Reinerowi udała się sztuka wyjątkowa, bowiem na ekran przeniósł większość scen z książki. Uważny widz odkryje mniejsze lub większe zmiany w stosunku do oryginału, ale nie zabijają one klimatu książki. Na pewno film jest lżejszy i mniej mroczny, ale rozumiem, iż spowodowane to było ograniczeniami wiekowymi.
Niezależnie czy będziemy czytać książkę, czy też obejrzymy film, będziemy mieć do czynienia z dziełem wyjątkowym, zgłębiającym się w najdalsze zakamarki ludzkiej, pokręconej psychiki. Warto.
