ONA:

Uwielbiam wszelkiego rodzaju historie na faktach (niech będzie i na autentycznych) oraz auto- i biografie. Nie wiem skąd tego typu pociąg, ale w pewnej chwili mojego życia czytałam tylko tego typu książki, przeplatając je kolejnymi filmami (swoją drogą, do dziś lubię pedałować na mojej stacjonarnej strzale i oglądać biograficzne produkcje, bo jakoś mi się lepiej jeździ…).

 W ramach urlopu, czyli wszechogarniającego nudzenia się do granic przyzwoitości i wmawiania sobie, że to „chill”, a nie stan amebalny, stworzyłam listę biografii, które koniecznie chcę zobaczyć (po raz pierwszy, drugi, czy tam milionpińcetny). Na pierwszy rzut poszedł w miarę nowy film, do którego podchodziłam na zasadzie „Obejrzę a potem będę kpić”, a do wyboru tego tytułu zainspirowała mnie noc spadających gwiazd, ponieważ jedyną, którą widziałam, zobaczyłam na pudelku/kozaczku: „Lindsay Lohan znowu na dnie”, czy coś takiego. Zatem padło na „Liz & Dick”, czyli film o burzliwym związku pierwszej aktorko-celebrytki Elizabeth Taylor z szekspirowskim aktorem, którego talentu Akademia Filmowa nigdy nie doceniła, czyli Richardem Burtonem. Od razu zaznaczę: uwielbiam Taylor. Dla mnie to kobieta 100%, ze wszystkimi przywarami, zaletami i wadami, pełna rozhisteryzowanych emocji i namiętności, ale też babka, która nie poddawała się i która do końca walczyła i szukała tego, co w życiu najważniejsze (mimo, że zupełnie nie wiedziała co to). Zatem rozsiadłam się wygodnie z jabłkowym martini, z którym ostatnio przepadam i zabrałam się za oglądanie. Szybko kpina ze mnie zeszła, bo Lohan w roli rozkapryszonej kobiety-modliszki, która wypełniała siebie wódką i prochami, trwoniąc cały majątek na hedonistyczne życie, okazała się wręcz rewelacyjna. Odpowiednia charakteryzacja i drugi drink sprawiły, że po czasie obie panie zaczęły bardzo siebie przypominać. Tak, jestem w stanie przyznać się do błędu: Lindsay Lohan jako Elizabeth Taylor była do strawienia! Niemniej, cała fabuła została potraktowana ekstremalnie po macoszemu.

Burton i Taylor poznali się na planie kultowej „Kleopatry”, w której ona grała najsłynniejszą egipską piękność, a on – Marka Antoniusza. Jeśli chodzi o samą produkcję z 1963 roku, to powiem tak: to film na jeden seans. Po prostu mało kto jest w stanie wytrzymać po raz kolejny 4 godzin (bo tyle to dzieło trwa). Na planie chyba też się nudzili, bo mimo małżeńskich obietnic i zobowiązań, główni bohaterowie zaczynają płomienny romans, o którym wiedzieli wszyscy, poza panią Burton (czy jak jej tam było) i panem Fisherem. Kochankowie przepełnieni namiętnością, brakiem rozsądku i trzeźwej oceny sytuacji byli tępieni nawet przez Watykan, ale oni mieli to gdzieś. Liczyło się wyłącznie ich uczucie. Dwie zblazowane gwiazdy, u szczytu swoich karier, z ogromnymi gażami, wystawnymi przyjęciami i drogimi prezentami. Żyli w bańce własnych wyobrażeń, ciągle myląc sztuczną rzeczywistość planu filmowego, z tą prawdziwą, namacalną, z rachunkami, opłatami i tym, że nie wszystko da się poprawić za pomocą kolejnego dubla. Ich małżeństwo było burzliwe, wręcz bulwarowe od samych początków. Namiętności mieszały się z wódką i zazdrością. Wspólnie spędzili ponad dekadę i rozstali się z hukiem. Żaden nowy kochanek czy kochanka nie potrafili jednak wypełnić tej pustki. Nie minęło zbyt wiele czasu i jedna z najsłynniejszych filmowych par po raz kolejny wzięła ślub, popełniając przy tym ogromny błąd – nikt nie powinien wchodzić dwa razy do tej samej rzeki.

I niestety, jeśli chodzi o warstwę fabularną, „Liz & Dick” to film kiepski, trochę przegadany i opiniujący. Poza tym, miałam wrażenie, że całe te lata upchnięto w góra „tydzień” – chronologicznie było to strasznie zakręcone i nie miało to nic wspólnego z moimi drinkami. Z jednej strony ta produkcja zawodzi. Bardzo ciekawą historię o dwóch kultowych postaciach potraktowano płytko i banalnie, tworząc bardziej toporne romansidło, niż coś, co ma mieć też wartość merytoryczną. Poza tym, zmiksowano 3 warstwy czasowe: ostatnie dni z życia Burtona, etap związku aktorów i coś na kształt „wywiadu” z parą, w której analizują ich wspólne życie. Ale jak? Ale skąd? Z zaświatów? No ale z drugiej: bardzo zaskoczyła mnie Lohan. Odnalazła się w tej roli.

Nie ma co liczyć na jakieś wybitne walory w tym filmie, ale obejrzeć można. Są momenty, kiedy bywa nawet ciekawie.