Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Here Comes the Boom

ONA:

Praca z dziećmi – a wierzcie mi, wiem co mówię – to praca ciężka. Nagle zostaje ci powierzonych kilkanaście (kilkadziesiąt) dzieciaków, często w różnym wieku, z zupełnie innymi charakterami, potrzebami i oczekiwaniami. I nie ma sprawdzonego sznytu i sposobu na to, by ich poskromić, skupić ich uwagę, zabawić tak, by każdy był zadowolony. Są momenty, kiedy mam ochotę krzyczeć, płakać i siedzieć w kącie. Ale ich akurat jest najmniej. W moim Piekiełku pracuję czwarty rok – wrzeszczałam póki co 2 razy. I to właściwie była oznaka mojej słabości – kiedy już zabrakło argumentów zachowałam się jak typowy rodzic, na którego przecież się nie nadaję. Ale nie mówmy o tych słabych momentach – lepiej skupić się na tych, które ładują cię pozytywną energią na wiele dni. Bo to jest właśnie największy plus pracy pedagoga, wychowawcy, nauczyciela – nie ma rutyny, nie ma nudzenia się. Jest intensywnie, a pokłady satysfakcji, po dobrym dniu w pracy – unoszą mnie tak wysoko, że zahaczam o trakcje elektryczne. I jestem w stanie wiele dla tych moich rozrabiaków zrobić…

…podobnie jak Scott Voss (Kevin James) w filmie „Here comes the boom”, którego jeszcze  żadni nasi rewelacyjni tłumacze nie zmasakrowali. Scott jest nauczycielem w pewnej szkole. Kiedyś nosił tytuł najlepszego pedagoga roku, ale było to 10 lat temu i po jego euforii nie ma już śladu. Spóźnia się do pracy, ignoruje dzieciarnię i już na bank nie jest kagankiem oświaty, który umiał poderwać młode umysły i zaciekawić je. Nie, po tym nauczycielu nie ma już śladu. Nowa wersja nie dość, że miga się od obowiązków, to jeszcze notorycznie podpada dyrektorowi szkoły (fajnie zobaczyć Grega Germanna w czymś innym niż „Ally McBeal”), a jego głównym celem staje się Bella Flores (Salma Hayek), która jest apetyczną higienistką, skutecznie odrzucającą zaloty Vossa. Pewnego dnia na dzieci i nauczycieli spada ciężka wiadomość – z powodu obowiązkowych cięć budżetowych nie dosyć, że pedagodzy nie mają co liczyć na podwyżki, to jeszcze zlikwidowane zostaną wszystkie zajęcia dodatkowe, w tym muzyczne, prowadzone przez uroczego Marty’ego (Henry Winkler). Koleś nie dosyć, że ma kapitalne podejście do dzieciaków, a dyrygowana przez niego szkolna orkiestra brzmi po prostu dobrze, to właśnie dowiedział się, że jego 48-letnia żona jest przy nadziei. Szok, delikatnie mówiąc. I dodajmy do tego utratę pracy… Cóż, pomyślna przyszłość nie ma wielu barw. W obronie Marty’ego staje – o dziwo – Scott. Postanawia wziąć sprawy w swoje ręce i znaleźć fundusze, za które będą mogli kontynuować zajęcia muzyczne. Ale to wcale nie jest takie proste.

Cel to 48 tysięcy zielonych. Czasu jest coraz mniej. Jak szybko zdobyć taką kapuchę? Scott wpada na pomysł, totalnie szalony, ale lepsze to niż nic. Postanawia zacząć walczyć w MMA (albo coś takiego). Zaczyna od totalnego podziemia, a jego pierwsze pojedynki to absolutne tragedie. Ale po czasie coś zaczyna się zmieniać, tylko suma powoli się powiększa, dlatego trzeba nieco podkręcić tempo. Początkowo wszyscy mają go za wariata. Ale ma wierną ekipę, która wspiera go od początku. Z czasem i ona zaczyna się zwiększać… W końcu dostaje propozycję wartą 10 tysięcy dolków (za przegraną). I kiedy przygotowuje się do ostatniej walki, dowiaduje się, że jego dotychczasowe oszczędności dla kolegi zostały bezczelnie zdefraudowane. Musi zatem wygrać! Jego przeciwnikiem jest maszyna do zabijania, ale na trybunach czeka na niego wsparcie w postaci jego wychowanków…

„Here comes the boom” to sympatyczna komedyjka, która wątpliwie zachwyca swoją naiwnością i słodkością, ale oglądało się to nawet przyjemnie. Strasznie lubię Kevina Jamesa, bo jego kreacje to spersonifikowane pianki marshmallow – a one mi smakują bardzo. Film zasługuje na uwagę również dlatego, bo ma całkiem fajną – bardzo niefilmową oprawę muzyczną, a ujęcia „walki” są dynamiczne, bez zbędnego udawania.

ON:

Ostatnio jakoś się tak zdarza, że oglądamy same komedie. Jedne lepsze, drugie gorsze, ale wszystkie na tyle pozytywne, by na chwilę przyciągnąć naszą uwagę. Było o lasce, która przespała się z dwudziestoma kolesiami, to dlaczego nie może być o nauczycielu biologii, który walczył w MMA? Dziś „Here Comes the Boom”.

Scott Voss to taki belfer, jakich jest wielu w naszych szkołach. Daleko ma nauczanie dzieciaków i dawno znudziła mu się misja. Przychodząc na jego zajęcia nie napalaj się na to, że czegoś się nauczysz. Trochę szkoda, bo kiedyś było inaczej, ale system jest bezlitosny i można powiedzieć, że Scott stał się jego ofiarą. Jedyne do czego cały czas dąży Voss, to umówienie się koleżanką z pracy – Bellą Flores, tyle że jego końskie zaloty są systematycznie odrzucane. Facet nie wie co ma jeszcze zrobić, aby dobrać się do majteczek hiszpańskiej piękności. Tak wygląda codzienność naszego bohatera. Podczas kolejnego dnia w pracy dyrektor zwołuje zebranie, na którym informuje wszystkich pracowników szkoły, że w związku z cięciami budżetowymi trzeba będzie pozbyć się zajęć pozalekcyjnych. Pada w tym na zajęcia muzyczne, prowadzone przez prawie 50-letniego Marty’ego. Scott nie panuje nad sobą i wyrzuca z siebie kilka mało miłych słów w kierunku dyrektora. Okazuje się, że aby zatrzymał posadę trzeba zebrać 48 tysięcy dolarów, kasę wręcz kosmiczną. Voss unosi się honorem i stwierdza, że jak się zepną, to na pewno zdobędą te pieniądze. Można to zrobić na kilka sposobów, np. dając lekcje dla obcokrajowców, którzy chcą być obywatelami amerykańskimi. Niestety, nie jest to wystarczająco płatna praca, aby uzbierać kasę. Na tych zajęciach poznaje Holendra, Nika, który był zawodowym zawodnikiem MMA. A walki w MMA są bardzo dobrze płatne. Pan biolog będąc w koledżu, był w lidze zapaśniczej i teraz decyduje się wziąć udział w walkach w klatce. Oczywiście, najpierw dostaje ogromny łomot, ale później pod okiem Nika, zaczyna powoli piąć się po szczeblach kariery wojownika. Im więcej walk za nim, tym większa werwa w jego osobie. Lekcje zaczynają znów być interesujące, dzieciaki się cieszą, kasa się powoli zbiera. Nawet dochodzi do tego, że Bella pozwala się zaprosić na randkę. Gdy już prawie udaje się zebrać kasę dochodzi do nieszczęścia.

Jest to jedna z wielu komedii i nie powala ona na kolana. Ma kilka naprawdę dobrych scen, ale najważniejsze, że dobrze się ten film ogląda. Jest to po trochę zasługa Kevina Jamesa, który idealnie sprawdził się w roli Vossa. Historyjka jest prosta i przewidywalna, ale sympatyczna. Takie kino do kolacji, aby dać odpocząć głowie po całym dniu pracy.