ONA:
No i właśnie. Wiecie co jest najtrudniejszego w pisaniu recenzji? Dystans i obiektywizm. Oczywiście, wszystko to, co przynajmniej ja tu klepię jest skrajnie subiektywne, bo nie potrafię wciskać komuś, że coś jest dobre, jak jest złe i odwrotnie, ale cholernie mocno staram się być obiektywna w swoim subiektywizmie. Nie chcecie wiedzieć w ilu dyskusjach brałam udział, kiedy ktoś uparcie mi wciskał, że ten film był daremny, a tamten był super, gdzie ja je oceniłam zupełnie odwrotnie. Gusta, guściki. Kiedy myślę o tym, ile dobrych filmów mi przeszło przed nosem, bo ktoś powiedział, że jest nudny/zamotany/nieciekawy/5 na 10, to mam dreszcze. Ale czasami resztki mojej intuicji się uaktywniają i coś mnie pcha do jakieś produkcji. Dokładnie tak było z filmem „Człowiek, który gapił się na kozy”, który w ocenie jednego mojego znajomego (wiadomo, już nim nie jest) został sklasyfikowany jako „idiotyczny, denny, tragiczny, nieśmieszny, z dupy”. A nie jest zupełnie!Bob Wilton (Ewan McGregor – mujborze, nie obejrzałabym filmu z nim przez jakiegoś kretyna ze zdupionym gustem!) to dziennikarz, który wiedzie całkiem nudne, życie. Poza jednym elementem, który był błahy, aż do pewnej chwili. Otóż jakiś czas wcześniej Bob przeprowadził wywiad z mężczyzną, który twierdził, że ma nabyte umiejętności telekinetyczne plus jakiś czas temu brał udział w super tajnym szkoleniu, ale to tak super, i tak bardzo tajnym, że wszystkie inne super tajne szkolenia to pikuś. Wilton z miejsca swojego rozmówcę wrzuca między szufladki z innymi dziwakami, popieprzeńcami i świrami. A potem odkrywa, że żona go zdradza. Co robi facet, gdy żona dorabia mu zgrabne poroże? Ano rusza na front – bo właściwie co ma do stracenia? Kiedy już trafia w sam środek paszczy wojny, czyli do baru przy hotelu gdzieś na jakimś bliskowschodnim zadupiu, jego droga krzyżuje się z innym żołnierzem, który dawno temu brał udział w tym super tajnym szkoleniu. Lyn Skip Cassady (George Clooney) wprowadza swojego nowego kolegę w świat tak odrealnionych działań wojennych, że głowa mała. Otóż Armia Nowego Świata, stworzona przez Billa Django (Jeff Bridges) istniała naprawdę i miała służyć tworzeniu nowych metod oraz sposobów walki z wrogiem, jak i szkoleniu żołnierzy bardziej pod kątem „peace and love my brother”. Jedna wielka Era Wodnika, czyli miks miłości i narkotyków wszelkiej maści. Czego więcej można chcieć?
Podobno ten film jest ekranizacją książki. Nazwijcie mnie ignorantką, ale zupełnie nie kojarzę jej, ale jak ma się półkę wstydu z wampirami i panem Grey’em, to co się dziwić. W każdym razie podobno powieść jest dużo lepsza, ale na korzyść filmu przemawia to, że gra w nim Clooney, McGregor i wielu innych, bardzo dobrych (i przystojnych) aktorów. Poza tym, kiedy wpadłam na to, że grupa żołnierzy nazywa siebie Jedi, a słucha o nich Ewan, parsknęłam śmiechem i wtedy do mnie dotarło, z czym będę mieć do czynienia. To psychodelicznie-narkotyczna komedia, w której poziom absurdu jest urzekająco sympatyczny. Oczywiście, aktorzy grają bardzo na serio, a Clooney opowiadający o kolejnych etapach szkolenia, kolejnych rodzajach broni miłości wygląda tak poważnie, że ja autentycznie zaczynałam wierzyć w to, co on mówi. Dodatkowo, jestem wręcz przekonana, że cała ekipa aktorów i twórców musiała mega zajebiście bawić się razem na planie. Nie ma ironii, jest powaga, a wszystko po to, by miłość zaczęła rządzić na świecie – nawet w armii.
To nie jest typowa komedia, w której bohaterowie kpią z wojska, szpiegów i całej reszty. Owszem, tu też tak jest, ale poza tym wszystkim mamy wrażenie, że ktoś w wentylacje wpuścił opary z haszyszu, marychy i konopi. I to sprawia, że jest po prostu miło i sympatycznie.
ON:
Nasza szpiegowska podróż doprowadziła nas do eksperymentalnego oddziału żołnierzy, którzy mają rzekomo zdolności paranormalne. Tak oto jesteśmy po seansie, wydaje mi się niedocenionego filmu pt. „Człowiek, który gapił się na kozy”. To filmowa wycieczka do granic ludzkiej świadomości. Podobno w całej opowieści jest więcej prawdy, niżby się wydawało. Możliwe, że kiedyś jej poszukam, bo przecież nie wykorzystujemy wszystkich możliwości naszego mózgu.
Bob Wilton jest dziennikarzem w średnim wieku. Jego sukcesem był między innymi ślub z piękną dziewczyną, miłością z czasów szkolnych. Jednak bajki kończą się szybko i pewnego dnia obudził się sam, a żona odeszła z jego redaktorem naczelnym. Jak to bywa w takich sytuacjach, faceci robią dwie rzeczy: albo piją na umór, albo idą na wojnę. Bob wybrał to drugie. Stwierdził, że zostanie korespondentem wojennym.
Podczas pewnej nocy, w ciemnym barze, gdzieś tam w strefie wojny, spotyka Lyna Skipa Cassady. Mężczyznę pamiętającego lata 60-te i 70-te, który w rozmowie z Bobem wspomina o pewnym, dziwnym oddziale amerykańskich żołnierzy. Wspólna rozmowa przeciąga się na tyle, że panowie lądują w hotelowym pokoju i tam kontynuują dialog. Wychodzi z niego, że wiele lat temu amerykański rząd założył oddział Jedi, facetów mogących przy pomocy umysłu zdziałać rzeczy wielkie. Problem jest taki, że prezentowane na Bobie sztuczki zupełnie nie wywierają wrażenia. Z jednej strony historia zapowiada się na fantastyczną opowieść do gazety, z drugiej – wydaje się stekiem bzdur. Jak jest naprawdę? Będzie musiał się przekonać podróżując wraz z Lynem.
Podczas tejże “wycieczki” dowie się wiele o jednostce, o jej założycielu Billu Django, którego metody szkoleń nie zawsze podobały się przełożonym. Dlaczego? Bo jak wyjaśnić w sprawozdaniu finansowym zakup LSD lub opłatę za usługi prostytutek? Oczywiście, w całej opowieści znajdzie się miejsce i na czarny charakter – jest nim niejaki Larry Hooper. To kolega z jednostki o ambicjach wyższych niż się wydawało.
Cała wycieczka, czy może misja zakrawa czasem o absurd, który możemy spotkać w „Las Vegas Parano”, no może nie jest on tak dosadny, bo przebić tamtą produkcję jest ciężko, ale i tak jest dobrze. Wymyślone prze kolejnych trenerów metody walki i ich nazwy to perełka. Najważniejsze jest to, że dzieło Heslova jest świetnie zagrane i bardzo dobrze się je ogląda. Niestety, to czy opowieść ta jest prawdziwa – musicie ocenić sami.
