ON:

Minął pracowity, pełen przygotowań do Dnia Darmowej Dostawy tydzień. Wieczory spędzaliśmy na pracy, podczas której towarzyszyły nam ekranizacje powieści Stephena Kinga. Było kilka perełek, był też gniotek, ale mogę uczciwie przyznać, że King dobrym pisarzem jest i naprawdę trzeba mieć talent, aby przenieść jego książki na ekran kinowy lub telewizyjny. Na zakończenie film z lat 90-tych, który pomimo luk i braków, jest zręcznie opowiedzianą historią. Mowa o „Sprzedawcy śmierci” na podstawie „Sklepiku z marzeniami”.

Zaczyna się standardowo, można powiedzieć klasycznie – jak u Kinga. Mała mieścina gdzieś w stanie Maine. Jest tak, jak wyobraża to sobie przeciętny czytelnik. Kościółek, kawiarenka, w której serwują pyszne kanapki i ciasto, szeryf zmagający się ze swoją przeszłością, ludzie znający się od dziecka i nawet jeśli za sobą nie przepadają, to starają się ten fakt szczelnie ukryć. Dnia pewnego do tej małej mieściny zawitał niejaki Leland Gaunt i bardzo szybko otworzył sklepik. Szyld mówił bardzo niewiele „Sklepik z marzeniami”, czyli z czym?

Pierwszym klientem okazuje się mały chłopiec, który w progi sklepu trafił trochę z przypadku i ciekawości. Sklep nie do końca okazuje się sklepem, ale dość dużym domem, w którym każdy znajdzie coś dla siebie. Pragniesz kolekcjonerskiej karty z baseballistą, porcelanowej figurki, kurtki, która przypomina Ci czasy młodości? Żaden problem. Może chcesz pozbyć się choroby lub zawsze wygrywać na wyścigach konnych – nic prostszego. Takie rzeczy możesz kupić w tymże sklepiku. Dość nietypowe towary mają jeszcze bardziej nietypowy cennik. Za wartą 700 dolarów kartę trzeba zrobić komuś psikus, za każdą rzecz trzeba zapłacić przysługą. Tyle, że każda z tych usług jest bardzo sprytnie przemyślana przez Lelanda, kolejne psikusy powodują coraz to większe zamieszanie. Ludzie zaczynają się na siebie wkurzać i wzajemnie skakać sobie do gardeł. W pewnym momencie bańka pęka i pojawiają się pierwsze trupy.

W tym momencie King odkrywa nowe znane z książkowych kart elementy. Przeciwko Lelandowi staje jeden sprawiedliwy, pojawia się chłopiec z proroczymi snami, które ujawniają prawdziwą postać sprzedawcy. Ciężko jednak jednemu mężczyźnie walczyć ze złem tak starym jak świat.

„Sprzedawca śmierci” jest niezły idealnie pasuje do szablonu kina grozy lat 90-tych. To mix, który dobrze znacie, i który na pewno wam zasmakuje. Ciekawostką jest Ed Harris wcielający się w rolę szeryfa oraz Max von Sydow grający Lelanda. Muszę przyznać, że na zakończenie tygodnia z Kingiem to bardzo miłe zaskoczenie.

ONA:

Jestem podła. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie. Ciemna moc we mnie drzemie, ale jest mi z nią tak dobrze, że za bardzo nie mogę/nie chcę z nią walczyć. Sumienie czyste, bo nieużywane. Rozsądek górą, ale nie zawsze. Czasami knuję. Zwykle to knucie kończy się wierceniem w ścianach albo robieniem porządków w szafie, ale czasami knuję bardziej. Podczas oglądania „Sprzedawcy śmierci” intensywnie rozmyślałam co by było gdyby z moim Odbytkowie mieszkańcom zaserwować takiego psikusa, jak Leland Gaunt, główny bohater arcydobrego (i arcyzłego jednocześnie) filmu „Sprzedawca śmierci”.

Kiedy olśniło mnie o czym jest ta produkcja, zaczęłam zastanawiać się jaką ja bym uknuła intrygę, żeby skłócić mieszkańców mojej wioski. Wierzcie mi, nie byłoby to wcale takie trudne. Myślę, że posłużyłabym się praktycznie tymi samymi metodami co Leland… A kim jest ten jegomość? Ano to starszy pan, który właśnie przyprowadził się do małej mieściny i otworzył sklepik z różnymi rzeczami. Ale to nie są rzeczy zwykłe, oj nie… To są rzeczy, których pragniemy, o których marzymy… Czy oddałabym duszę diabłu za Loboutiny? No może niekoniecznie, bo to by było do ugryzienia, ale już za audi R8 to bez dwóch zdań. Albo za możliwość poznania Freddiego… I babci. I za skórę bez problemów, i za zawsze idealne włosy, nie wspominając już o jedzeniu, które nie pójdzie w dupę… Także Lucjan, jak będziesz szukał CEO, to wiesz gdzie mnie znaleźć… Ale koniec prywaty, czas na film. Każda osoba, która zajrzała do antykwariatu Gaunta, znajdywała „coś”, co budziło w niej jakieś uczucia i pragnęła to „coś” mieć za wszelką cenę. A właściciel z kolei godził się na „sprzedaż” tego czegoś, ale pod pewnymi warunkami… I w ten sposób skłócił ze sobą całe miasteczko, a nienawiść, jaka została rozbudzona, prowadzić mogła tylko do jednego – do tragedii, do rozlewu krwi, do unicestwienia się nawzajem….

Oj tak – to było dobre kino. Ten film jest dziwny, a Ed Harris ma tu jakąś nieogarniętą rolę, ale intryga była uknuta na bardzo wysokim poziomie. Ten film nie straszy, akurat pod tym względem jest kiczowaty, ale po raz kolejny mamy tak naprawdę pozycję bardziej psychologiczną, niż horrorową. Fala zła, którą uruchamia Leland jest potężna i wiele mówi o ludziach, o ich słabościach i namiętnościach, o pułapkach, które sami na siebie zakładają.

Podsumowując tydzień z ekranizacjami prozy Kinga – to rewelacyjny materiał na film, ale pod warunkiem, że odda się klimat. Ja mam ten plus, że nie czytałam prawie wcale jego książek (nadrobię!), więc filmów nie oceniałam z perspektywy słów… Na ogół szalenie mi się te produkcje podobały, a wyłapywanie smaczków, za pomocą których były powiązane, dawało mi mega frajdę. Bardzo często było też tak, że filmy miały świetną oprawę muzyczną i „tło”, na którym działy się wydarzenia. Tydzień uważam za spędzony w sposób zajebisty, bez dwóch zdań. Ale organizm domaga się teraz kina lekkiego, delikatnego, śmiesznego…