ON:

Kolejny dzień szpiegowania przeniósł nas do Jemenu, to właśnie tam zaczyna się akcja wyreżyserowanego przez Nachmanoffa „Zdrajcy”. Pozostaliśmy w terrorystycznych klimatach, gdzie Święta Wojna w imię wyższych wartości idzie w ramię w ramię z indoktrynacją i naukami, które mają na celu wpojenie w głowy jedynych i prawdziwych zasad. Kto zaczął tą walkę pomiędzy Wschodem i Zachodem? Pewnie tego nie pamięta już nikt.

Samir Horn ma jemeńskie korzenie. Jego matka była Amerykanką, ale ojciec – Jemeńczykiem. Od małego wpajał mu nauki, które zapisane były w Świętej Księdze, zasady towarzyszące mu przez resztę życia. Ojciec Samira ginie w zamachu, gdy chłopak ma kilka lat, od tego czasu życie go nie rozpieszczało. Przechodzi szkołę, jakiej niewielu mogło doświadczyć. Koniec końców dostarcza ładunki wybuchowe dla lokalnych organizacji terrorystycznych. Traf chce, że podczas jednego dealu zostaje zatrzymany przez miejscową policję oraz agentów FBI. Jego życie zmienia się w piekło, a on sam ląduje w więzieniu. Tutaj poznaje Omara, żyjącego w tej samej wierze co Samir. Omar jednak idzie drogą Świętej Wojny, której czarnoskóry mężczyzna się wyrzeka. Wzajemne relacje obu więźniów zacieśniają się i stają się oni przyjaciółmi. Dochodzi między nimi do takiej zażyłości, że Omar, który ucieka z więzienia, bierze ze sobą między innymi swojego nowego „brata”. W tym czasie Agent FBI Roy Clayton, ten sam, który złapał bohatera, zaczyna drążyć w jego przeszłości i studiować jego akta. Okazuje się, że kryje się w nich wiele niewiadomych.

Fabuła „Zdrajcy” pociągnięta jest dwutorowo. Jeden wątek to historia Samira i jego pięcia się po drabinie terrorystycznej organizacji, drugi to perypetie agenta Claytona, który za punkt honoru postawił sobie złapanie czarnoskórego terrorysty. Całość jest zgrabnie opowiedziana i co najważniejsze – trzyma w napięciu i potrafi zaskoczyć. Może końcówka nie jest taka, jakbyśmy sobie ją wyobrażali, ale i tak mamy do czynienia z produkcją z górnej półki. Pomimo, iż w filmie jest więcej dialogów niż strzelanin i pościgów, to nie przeszkadza to w zupełności.

Jeśli chcecie obejrzeć niezłe kino sensacyjne, ze szpiegowaniem w tle, to z czystym sumieniem mogę polecić „Zdrajcę”.

ONA:

„A dobra, niech będzie” – powiedziałam pod nosem, kiedy do listy filmów szpiegowskich, które chciałam zobaczyć dopisałam „Zdrajcę” z Donem Cheadle (widzisz Dejw, to nie Denzel Washington był) w roli głównej. I wiecie co? Jestem pod ogromnym wrażeniem!

Uwielbiam filmy, które mnie zaskakują – ot tak, po prostu. Są niepozorne, gdzieś mi te kilka lat temu po prostu umknęły, a oceny na portalach filmowych oscylujące pomiędzy 6,8-7,2 sprawiają, że gdzieś giną te „dobre” produkcje wśród tych „bardzo dobrych”. Dokładnie tak samo było z dziełem Jeffreya Nachamanoffa. Ale na całe szczęście wpadliśmy na siebie. I z ręką na węgielku – bo w końcu dziewczyny ze Śląska nie mają serca, tylko węgielek, mogę Wam napisać, że to film warty uwagi. Trzyma w napięciu aż do napisów końcowych i to jego największa zaleta. Agent FBI Roy Clayton (Guy Pearce, mniam) zaczyna zajmować się sprawą pewnej międzynarodowej organizacji terrorystycznej. I gdy tak łączy fakty, dochodzi do pewnego niepokojącego wniosku. Wszystkie drogi, a w tym wypadku tropy, nie prowadzą do Rzymu, tylko do byłego oficera wojsk USA – Samira Horna (D. Cheadle). Zatem czy oficer ma na sumieniu ataki terrorystyczne? Czy to zemsta, czy może chodzi o coś zupełnie innego?

No nie powiem, historia jest tak zakręcona, tak poprowadzona i z taką ilością zwrotów akcji, że można dostać totalnego skołowania. Ale to wszystko działa na plus, bowiem z perspektywy wygodnej kanapy i telewizora nigdy nie wiemy z której strony otrzymamy fabularny cios. Zanim film się skończył, przez moją głowę przeszło tak wiele scenariuszy, że powinnam te wszystkie pomysły zacząć spisywać i sprzedawać. A finał „Zdrajcy” totalnie zbił mnie z tropu. Okazuje się, że nic nie jest tak oczywiste, jak można sobie wyobrażać, a pewne pochodzenie niekoniecznie musi w sposób stereotypowy określać kogokolwiek. Dodatkowo to dzieło dość skutecznie rozprawia się z widzem: daje do myślenia, kiedy padają słowa, że dlaczego Ci, co walczą o własną wolność, bowiem zostali zaatakowani, nazywani są terrorystami, mordercami, a Ci, którzy naruszyli suwerenność jakiegoś miejsca – są tymi, którzy gwarantują wolność. „Zdrajca” to zderzenie dwóch kultur, dwóch światów, dwóch walczących ze sobą mentalności i światopoglądów, a wszystko to zawiera się w głównym bohaterze.

Spore zaskoczenie, które mimo kilku zbędnych przedłużeń jest dość dynamiczne. Fajna sensacja, która jest taka, jaką powinna być. Warto ten film „odkopać” z całej masy innych, „dobrych”.