ONA:

Nawet najnudniejsze czynności życiowe, nawet czekanie w poczekalni i piątkowe dniówki nie potrafią się tak ciągnąć, jak filmy, które trwają dłużej niż 150 minut. No przynajmniej ja tak mam. Już wolę poczekać te kilka miesięcy na wersję DVD/BR, bo wtedy są większe szanse, że moja uwaga wytrzyma te niekończące się produkcje, a ja będę mogła je po prostu ocenić od A do Z, a nie zatrzymać się w okolicy M… Do „Dobrego agenta” podchodziłam 3 razy – i dopiero w ostatnim podejściu udało mi się nie zasnąć. Dawid zupełnie tę produkcję opuścił, bo przy jego starości – oh, przepraszam – senności, oglądałby go z tydzień… I to nawet nie o to chodzi, że to jest nudny film (a trochę jest, niestety), tylko o to, że robienie takich długaśnych filmów to działanie wbrew prawom człowieka. Poważnie!

Robert De Niro, reżyser „Dobrego agenta”, miał bardzo dobry pomysł na film – nie można mu tego zarzucić. Eric Roth z kolei stworzył szalenie intrygujący scenariusz, który bardzo mocno skorelowany jest z całym szpiegowskim światem, wchodząc bardzo boleśnie w jego sam środek. Tylko ani dobra, bardzo poprawna reżyseria, ani całkiem fajna historia (na podstawie biografii jednego z pierwszych agentów CIA), ani nawet świetna ekipa aktorska nie jest w stanie unieść ciągnącej się nieubłaganie mamałygi, w której praktycznie nie ma żadnego dynamizmu, żadnego tempa, a jeśli już jest – to to żółw z jednym biegiem. Ale od początku…

Edward Wilson (Matt Damon) to młody mężczyzna, przed którym dopiero zaczyna się dorosłe życie. Kończy Yale, należy do tajnej organizacji „Czaszka i kość” i właśnie zaczął pracować dla wojska. W tym momencie mógł jeszcze się wycofać i zacząć żyć jak większość jego przeciętnych rówieśników, ale nie on. On, wierząc w amerykańskie wartości, posiadając nieugięty honor i nieskazitelną reputację i do tego będąc bardzo inteligentnym, coraz szybciej zaczyna piąć się po szczeblach wywiadowczej kariery. Od tej chwili najważniejszym elementem jego życia stanie się walka do dobro swojego kraju, pozostawiając wszystko inne w tyle. Dyscyplina i bezwarunkowe oddanie sprawie – to przede wszystkim. Potem rodzina i cała reszta błahostek. Jego metody pracy są perfekcyjne i szybko stają się standardowymi technikami operacyjnymi. Jest podziwiany, szanowany, ale syna poznaje dopiero, gdy mały kończy 5 lat. Ale przecież Wilson dokonuje takiego, a nie innego wyboru dla wyższych idei, do których z pewnością macierzyństwo nie należy… Tylko z każdym kolejnym rokiem nasz bohater staje się swoją własną karykaturą, przewrażliwioną na punkcie wywiadu, z pogłębiającą się manią prześladowczą…

„Dobry agent” to film poświęcony jednemu bohaterowi, wokół którego krążą inni, coś jak planety w systemie słonecznym. Pomiędzy Edwardem a nimi tworzą się silne związki, które mocno determinują całe jego życie. Zarówno te zawodowe, oparte na szacunku i ambicji, jak i te prywatne, które okazują się być nieco przypadkowe (jak związek z Margaret). Stojąc przed ciągłymi wyborami pomiędzy tymi dwiema strefami, Edward zawsze staje po stronie pracy. Dla niego służba ojczyźnie to najważniejsza wartość, także trudno się dziwić, że ta druga część, ta z czekającą żoną i synem, który wręcz marzy by tato nim się zainteresował, zaczyna sypać się dość konkretnie. Przemijający czas, pokazany w filmie De Niro, dość boleśnie rozprawia się z naszym agentem… A my mimochodem zaczynamy go oceniać, niekoniecznie dobrze…

W filmie pokazane są losy Wilsona na przestrzeni kilku dekad – podejrzewam, że to właśnie z tego powodu trwa on prawie 3 godziny, by ująć to wszystko z sensem. Mamy młodego Wilsona, który z głowa pełną wiary w ojczyznę, z honorem ponad wszystko łapie byka za nogi i zaczyna swoją wywiadowczą przygodę. Potem mamy kolejną – z głuchą kobietą, która wpada mu w oko, ale o której zapomina, gdy ląduje pomiędzy udami pięknej dziewczyny. To miał być jednorazowy epizod, po którym ona zachodzi w ciążę, a Edward chcąc nie chcąc – zakłada z nią rodzinę. I potem dodajmy do tego całą szpiegowską machinę, która pomiędzy WWII a Zimną Wojną naprawdę miała spore pole do popisu… W efekcie dostaniemy film o zszarganym wyborami mężczyźnie, który składa ofiarę nie tylko ze swojego życia, ale i z życia najbliższych. Ten film jest dobry, ale za długi. Z kolei skrócenie go o kilka fragmentów zadziałałoby na niekorzyść, bo historia zostałaby pokazana pobieżnie, bez dogłębnej analizy świata zawodowego i prywatnego. Polecam podejść do niego na 2 posiedzenia albo przy dość konkretnym skupieniu, bo niestety, każde zerknięcie na komórkę, każde pogłaskanie psa, każdy sik i robinie kanapek może nas wytrącić z klimatu.

Podsumowując tydzień szpiegowski: ostatnio modna jest „psychoanaliza” świata wywiadowczego, zabierając nieco miejsca sensacji i akcji. Ja zdecydowanie stoję po stronie z dynamizmem, pościgami i strzelankami, bo ileż można rozkminiać na temat ciężkich wyborów pomiędzy życiem zawodowym a prywatnym. Na szczęście nowy Bond już w 2015!