ONA:
Nicolas Cage i John Cusack to aktorzy, którzy są bardzo podobni, nie tylko, jeśli weźmiemy pod uwagę aparycję, ale też i sposób grania. Ich kariery są zupełnie różne, ale zetknęły się (ponownie) teraz. I na podstawie tego w czym grają, jak grają itd. łatwo wyciągnąć jeden wniosek. Cusack > Cage…
Ta historia wydarzyła się naprawdę… Młoda prostytutka Cindy Paulson (Vanessa Hudgens) ucieka z rąk seryjnego mordercy – Roberta Hansena (John Cusack), który ma bardzo „specyficzny” sposób działania. Na co dzień jest oddanym mężem i ojcem, ale od czasu do czasu wybiera się na polowanie. Łowi naiwne dziewczyny pod pretekstem robienia im zdjęć, a potem je gwałci i więzi w swojej „chatce”, wypełnionej wypchanymi zwierzętami. Po jakimś czasie transportuje dziewczynę na odległą Alaskę, gdzie ją uwalnia. No okej, tak to przynajmniej wygląda. I gdy ona przerażona, ale i pełna nadziei mknie resztą sił, pomiędzy drzewami, po zaśnieżonym lesie, Hansen wyciąga broń. Teraz dopiero zacznie się polowanie… Morderca ukrywa zwłoki gdzieś na uboczu, pod lodem. I co jakiś czas ktoś na jakieś ciało trafia. Hansen przez lata swojej „działalności” był perfekcyjny. Nie popełniał żadnych błędów. Do czasu… Po pierwsze – zwiewa mu wspomniana już Cindy, a po drugie – sprawie zaczął baczniej przyglądać się pewien gliniarz, Jack Halcombe (Nicolas Cage). Wkrótce do jego biura trafia młodziutka prostytutka, a sprawa nabiera tempa.
„Polowanie na łowcę” to całkiem udany thriller – muszę przyznać. Co prawda znajduje się tu mnóstwo cliché typowych dla tego gatunku oraz były momenty, kiedy się nieco dłużył, ale obejrzałam z zaciekawieniem. Sama historia jest bardzo ciekawa – Jack Halacombe w dużej mierze działał kierowany swoją intuicją, która podpowiadała mu, że Hansen jest okrutnym mordercą, ale potrzebował dowodów, potwierdzenia. Przerażające jest to, że te wydarzenia miały miejsce naprawdę i że w dalszym ciągu nie odnaleziono wszystkich ciał… Przerażające jest również to, że w tym filmie zagrał 50 cent – chociaż obiektywnie przyznaję, jako bezduszny alfons sprawdził się całkiem nieźle. Mocno drażniła mnie Hudgens, ale myślę, że to z powodu jej wątpliwego obycia z kamerą. Aktorka z niej słaba, ale w sposób uroczy próbowała wejść w rolę młodej prostytutki. Spory przeskok, jak na kogoś, kto słynie z „High School Musical”. Niestety, nie uniosła tej kreacji. Jest bardzo „za bardzo”, a dramatyczne sceny wzorowała na innych aktorkach, którym to lepiej wychodziło. Próbowała przećpać jak Mia z „Pulp Fiction”, ale wyszedł jej co najwyżej katar sienny. Co lepsze – pannie Vanessie role „cudów i dziwów” chyba bardzo się spodobały, bo w ciągu jednego roku, zagrała dwie takie postacie. Interesujące pociągi, nie ma co. Ale skupmy się lepiej na dwóch głównych bohaterach. Z jednej strony obrońca moralności, policjant z krwi i kości, przepełniony honorem, a z drugiej totalny psychol, który bawi się w boga, udając przy tym przeciętnego, zwykłego czlowieka. O ile Cage pasuje do roli takiego zawziętego pierdoły, o tyle Cusack jako morderca jest PRZEZAJEBISTY! Ma w oczach to „coś” co przeraża, mimo, że zewnętrzna warstwa nie jest jakaś wybitnie straszna. I jest w tym filmie taka jedna scena, podczas której miałam dreszcze od potylicy, po plecy. Scena, w której złapany psychol staje twarzą w twarz z policjantem. I właśnie dla tego ujęcia warto obejrzeć całe dzieło.
Nie jest to zaskakujące dzieło, które wywleka Cie na drugą stronę, ale nie jest beznadziejne. Moim zdaniem – obejrzeć można.
ON:
Nicolas „Klatka” łyka chyba wszystko, co tylko pojawia się w kinie i choć trochę wpasowuje się w jego styl gry. Miał w swojej karierze kilka, a może nawet kilkanaście dzieł, które dostarczyły nam godzin zabawy, ale twory w jakich się ostatnio pokazuje, nie są zbyt głębokie, ani rozrywkowe. Ostatnio grał ojca chcącego odbić swoją córkę z rąk porywaczy, a teraz wciela się w policjanta, mającego ująć seryjnego mordercę, który upodobał sobie mordowanie młodych kobiet. Opis sugeruje niezły thriller, a mamy do czynienia, z co najwyżej poprawnym kinem sensacyjnym. Szkoda, bo cały czas wierzę, że Nikuś odbije się od dna. Tym razem się tak nie stało, może zmieni się to w trzecim „Skarbie Narodów”.
Gdzieś w śnieżnych pustkowiach Alaski, w leśnych, mało zamieszkanych rejonach Kanady, policja znajduje uwięzioną prostytutkę. Ta kobieta będzie kołem napędowym całej historii, która okazuje się być oparta na faktach. Lata temu naprawę pojawił się psychol, który porywał, bił i gwałcił kobiety. Jakby tego było mało, to dodatkowo ze swoimi ofiarami zabawiał się w polowanie. Brał karabin, puszczał wolno rączą łanie i dawał jej się oddalić, a później spokojnie ściągał z ramienia broń i wykańczał swoją ofiarę. Policja nie miała żadnych śladów, do czasu, gdy los nie wrzucił im w ręce wspomnianej wcześniej kobiety.
Gdy stróże prawa myślą, że idealnie trafili i że dzięki Cindy (bo tak zowie się dziewczyna) dopadną gnoja, wszystko się wali. Laska nie chce skorzystać z ochrony, ma w dupie wszystko, a w szczególności pomoc policji i gdy tylko nadarza się okazja – bierze nogi za pas. Zastanawiałem się czy wszystkie dziwki są tak głupie, czy tylko ta jedna. Zamiast czekać spokojnie na przesłuchanie, powiedzieć co i jak się wydarzyło, ta pcha się w łapy mordercy i jeszcze jest wielce zdziwiona, że ten chce ją wykończyć.
Film w głównej mierze skupia się na rozgrywce pomiędzy szefem grupy śledczej Jackiem Halcombe (Cage), a Robertem Hensenem (Cusack), który nie chce tak łatwo dać się zapędzić w kozi róg. 100 minutowa rozgrywka prowadzi do wielkiego finału, ale ten bardzo rozczarowuje i nie powoduje, że będziemy siedzieć jak na szpilkach. Ostatnie sceny filmu nudzą, a zachowanie prostytutki wręcz irytuje. Całości zaś brakuje tego pazura, jaki mogliśmy podziwiać np. w „Milczeniu owiec”.
Ostatecznie jestem raczej na nie, jeśli chodzi o to dzieło. Nagrane i zagrane jest ono poprawnie, ale nie ma w sobie nic wyjątkowego i nie potrafi wzbudzić u widza większej dawki emocji. Jest tak sobie, co za tym idzie spokojnie możecie sobie odpuścić ponad stu minutowy seans.
