Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY RECENZJA

A Million Ways to Die in the West

ONA:

Życie na Dzikim Zachodzie te kilka wieków temu musiało być hmmm… dość interesujące. Średnia wieku: 35 lat. Zawód: rolnik, względnie właściciel sklepiku/saloonu, kaznodzieja i kurwa. Życie kręciło się wokół prostych czynności, które raczej nie wymagały spektakularnego zaangażowania. Jedyna kreatywność, która pojawiała się w typowej dziurze na Dzikim Zachodzie, dotyczyła fantazyjnych sposobów umierania. Bo jak się okazało, było ich z milion.Tak, teraz już wiecie o czym będzie dzisiejszy wpis. „Milion sposobów, jak zginąć na Zachodzie” okazał się komedią w moim stylu, a poza ciężkim, cynicznym humorem i nawet zgrabną historią, miałam też możliwość oglądania utalentowanych, dobrych aktorów w rolach (dla kilku dość nietypowych). Przed Wami dużo szydery, kpienia, całkiem fajnego dowcipu i błogiego odmóżdżenia.

Głównym bohaterem filmu jest Albert (Seth MacFarlane, który wyreżyserował i napisał scenariusz do tego dzieła). Albert jest młodym facetem, którego właśnie rzuciła jego ukochana, Louise (Amanda Seyfried) – jej uczucia nagle i niespodziewanie (*tia*) powędrowały w stronę zamożnego i do tego wąsatego Foya (Neil Patrick Harris). Albert jest zdruzgotany. Bo jak ma odzyskać kobietę swojego życia, jak jest nie tylko gołodupcem, ale i „gołotwarzem”?! Ale idźmy dalej. Kolejny zestaw to Edward (Giovanni Ribisi) – uroczy chłoptaś, którego dziewczyną jest Ruth (Sarah Silverman). Ruth zawodowo zajmuje się dawaniem przyjemności i chyba jest w tym dobra. Liczba jej klientów dziennie sięga kilkudziesięciu, co oczywiście nie wpływa na to, że jest ona bardzo bogobojną niewiastą i swojemu narzeczonemu każe czekać aż do ślubu. No i mamy jeszcze Clincha (Liam Neeson), który jest po prostu łajzą i który wraz ze swoją bandą przemierza Zachód by grabić cudze mienie. Wśród jego ekipy znajdzie się też przepiękna Anna (Charlize Theron) – kobieta, która narobi solidnych spustoszeń w życiu Alberta. Ale zanim do tego wszystkiego dojdzie – czeka na nas masa dobrego śmiechu, przy jednoczesnym absolutnym odmóżdżeniu.

Jestem zdania, że sięganie po ten poziom komedii to najlepszy antydepresant. Niezależnie jak ciężki był dzień, czy tam tydzień, jak wielka w nas rośnie irytacja, frustracja, czy po prostu smutek, jak trudne wyzwania czekają na nas od samego rana – tępe, prześmiewcze filmy to to, co ratuje cały świat. No przynajmniej ja tak mam. MacFarlane jest gwarantem dobrej zabawy, która da nam zabawę, ale nie zmusi nas do wysiłku intelektualnego, chociaż – chyba jednak trochę tak. Wywalenie tych wszystkich stereotypów i zgrabne połączenie ich w jedną całość, którą nazywa się potocznie scenariuszem, dobranie aktorów i tła tak, by u widzów wywołać salwy śmiechu, to jednak jest wyzwanie. Poziom tego filmu jest podobny jak w przypadku „Teda” – sporo widać już na trailerach, ale najlepszą komedią nie nazwałabym tego. Jest dobrze, jest satysfakcjonująco, a osoby z ciężkim poczuciem humoru, których nie odrzuca klimat wymiotno-fekalny będą zadowolone.

ON:

Seth MacFarlane ma prosty przepis na sukces. Wciska on do jednego filmu farmera nieudacznika, kurwę, która pieprzy się z wszystkimi tylko nie ze swoim narzeczonym, do tego dorzućcie laskę blacharę, co leci na „wons”, a akcję umieśćcie na Dzikim Zachodzie i tak oto otrzymacie „A Million Ways to Die in the West”.

Niestety, po premierze „Teda” miałem bardzo mieszane uczucia, bowiem większość dobrych momentów pokazano nam w trailerze, a reszta filmu była średniawa. No nie licząc sceny z kupą, która rozbawiła nas do łez. Mając za sobą taką nauczkę, postanowiłem nie oglądać żadnych trailerów do najnowszego dzieła pana MacFarlane’a. Muszę przyznać, że był to bardzo dobry pomysł. Dzięki temu od początku do końca mogłem skupić się na chamskim dowcipie i głupich gagach, towarzyszącym nam przez cały seans.

O co w tym całym Dzikim Zachodzie chodzi? Pieniądze, sex i śmierć. Te trzy słowa idealnie opisują to, co działo się w czasach rewolwerowców i pionierów, farmerów i saloonów. Albert jest pasterzem owiec, ma jakieś tam ranczo, na którym się one pasą, ale gość nie należy do najlepszych w swoim zawodzie. Przez jego roztrzepanie wełniane stworzenia weszły w szkodę jakiegoś kolesia i ten chciał Alberta wykończyć w pojedynku na pistolety. Wiadomo – owczarz to typ cipuchy i do strzelanki się nie ciągnie, więc koniec końców zakończył konflikt pokojowo. Taka kolej rzeczy nie była w smak Louise – dziewczynie farmera. Załamana brakiem jaj u swojego chłopa postanowiła z nim zerwać i wskoczyć do łóżka Foyowi – właścicielowi lokalnej wąsiarni. Wszelkie swoje smutki Albert dzieli z Edwardem, jego jedynym przyjacielem. Ten jegomość, który reperuje buty, jest dość dziwnym mężczyzną. Jest on po uszy zakochany w Ruth – lokalnej prostytutce. Co ciekawe: Ruth ma zasady i nie chce przed ślubem iść do łóżka ze swoim adoratorem, nie przeszkadza jej to jednak na analne zabawy i przyjmowanie ładunków na twarz od swoich klientów. Taka dziwna moralność.

W międzyczasie do miasta dociera Anna, żona Clincha – najlepszego rewolwerowca na Dzikim Zachodzie. Dziewczyna szybko zdaje sobie sprawę z tego, że owczarz mimo swoich wad – jest sympatycznym, wygadanym, zabawnym kolesiem. Postanawia więc pomóc mu wrócić do jego byłej, którą teraz używa pan Wons.

Całość zapowiedziana jest z typowym dla Setha humorem, który nie każdemu podejdzie. Jeśli nie lubicie nawiązań do srania, pierdzenia, dziwek, pedałów, zoofilii, śmierci, śmierci przez rozszarpanie, śmierci przez rozgniecenie, śmierci na milion innych sposobów – to nie jest to film dla Was. Jeśli jednak jest inaczej, to polecam wam „Milion sposobów, jak zginąć na Zachodzie” z czystym sumieniem.