ONA:

Jestem wielkim wrogiem spoilerowania sobie fabuł filmów, książek, gier. To najgorsze, co można zrobić, szczególnie gdy dana produkcja jest zaskakująca, a tajemnica tkana jest misternie. Nie należę do osób, które zdradzają cały sens danego dzieła. Jeśli ktoś mnie wyraźnie o to poprosi, to czasami się złamię, ale na ogół – milczę jak grób. Nie czytam też żadnych opisów danych produkcji, bo nigdy nie wiesz, czy w komentarzu nie czai się jakiś kretyn, który chce zepsuć wszystkim zabawę. Ale ostatnio się złamałam. Chciałam sprawdzić na ile fabuła filmu, o którym dziś piszemy, jest prawdziwa, a ile w tym fantazji autorów. I przeczytałam o dosłownie jedno zdanie za dużo…

Mark Schultz (Channing Tatum) to utytułowany zapaśnik, o którym – mimo jego sukcesów, mało kto pamięta. Nie wiedzie on życia złotego medalisty, człowieka, który osiągnął wiele… Żyje skromnie, bardzo przeciętnie. I tę życiową stagnację przerywa telefon. Pewien milioner, ze znanej, wpływowej rodziny, chce mu zaoferować współpracę. 25 tysięcy zielonych oraz pomoc przy walce o medal olimpijski. Filantropem, który rozpruł kapsę z kapuchą, był John du Pont (Steve Carell) – spadkobierca fortuny, fan sportu, który stworzył ośrodek dla zapaśników i który marzył o tym, by któryś z jego „chłopców” zdobył tę nagrodę, o której marzy każdy sportowiec. Układ jest prosty: on daje pieniądze, by wyhodować sobie mistrzów… Oczywiście – wszystko musiało się tu zdrowo pokomplikować…

Po pierwsze: Mark ciągle żyje ze świadomością, że jego brat – David (Mark Ruffalo) jest od niego lepszy. Nie potrafi porzucić tego jarzma. Po drugie: filantrop okazuje się być zdrowo piźniętym kolesiem, który z młodszego Schultza robi sobie marionetkę. Po trzecie: pojawiają się alkohol i narkotyki, i co prawda nie jest to powiedziane wprost, ale du Pont chyba miał ochotę na coś więcej, niż medal… Mark zaczyna się sypać… Olimpiada zbliża się nieuchronnie, a jego forma, ta fizyczna, ale i psychiczna, są zrujnowane…

Może to zabrzmi bezczelnie, ale jeśli chcesz odpowiednio mocno przeżyć ten film – nie czytaj żadnych spoilerów. Nie szukaj nazwisk, nie sprawdzaj, czy faktycznie owe zdarzenia miały miejsce. Jeśli to zrobisz, to zepsujesz sobie całą zabawę, bo nagle film okaże się nudny. Nie, on nie jest nudny. On jest powolny, czasami nawet miałam wrażenie, że się ciągnie, ale na końcu czeka taka petarda, że zostajesz z otwartymi oczami i ustami, zastanawiając się nad tym co właśnie obejrzałeś. I tylko takie „podanie” tego dzieła ma sens, bo ja – po przeczytaniu historii braci Schultz i du Ponta, zepsułam sobie całą zabawę.

„Foxcatcher” to film bardzo fajny. Dotyka wielu obszarów i mimo tego, że jest to dzieło „sportowe” – samego sportu jest tu tak akurat, żeby nie nudziło. Troje głównych bohaterów weszło w swoje role po mistrzowsku, ale Carell, który przyzwyczaił mnie do kreacji w durnych komediach, był po prostu rewelacyjny. Ruffalo jest tu ostoją dobra i spokoju, ma taką życiową mądrość, jest poukładany, z zasadami. Tatum, a raczej jego postać – sam nie wie czego chce. Jest górą mięśni (mniam!) i wydawać by się mogło, że jest silny w obu sferach. Tymczasem…

Polecam. Fajne kino, w którym dramatyzm praktycznie nie istnieje, aż do kilku finałowych scen. Powolny, dający do myślenia.

ON:

Jeszcze kilka dni temu zachwalałem biografię Hawkinga, a dziś muszę rozprawić się z „Foxcatcherem”, opowiadającym o zapaśnikach – Marku i Davidzie Schultzach i ich „sponsorze” – Johnie du Pont.

„Foxcatcher” jest biografią nietypową, skupiająca się na pewnym momencie życia złotych medalistów z USA. David i Mark to dwaj sportowcy, którzy poświęcili swoje życie karierze zapaśniczej. Raz szło im lepiej, raz gorzej, ale doszli do tego, czego tak naprawdę pragnęli, czyli złotych krążków zdobytych na olimpiadzie. Niestety, smutne jest życie człowieka, który wybiera karierę sportową. Obaj mężczyźni nie opływają w luksusach i raczej ciężko w ich przypadku mówić o życiu w dostatku. W przypadku Davida widać, że nie przeszkadza mu taki stan rzeczy. Jest szczęśliwym ojcem i mężem, i co za tym idzie – inne wartości są dla niego ważne. Mark ma jednak problem z otaczającą go rzeczywistością. Jego medal nie oznacza dla innych nic wielkiego. Jego mieszkanie to niewielka klitka, a codzienna praca i treningi pełne są wyrzeczeń.

Dnia pewnego do Marka dzwoni sekretarz niejakiego Johna du Ponta, filantropa, który za cel postawił sobie przygotować drużynę zapaśników, która wygra kolejną olimpiadę. Jedyne co Mark musi zrobić, to przyjechać do posiadłości Foxcatcher i tam zamieszkać do samych zawodów. Na miejscu znajduje się małe centrum sportowe, o jakim marzy prawie każdy sportowiec. Młodego mężczyznę udaje się złapać w sidła. Niestety, David długo się opiera by skorzystać z tej oferty.

Du Pont to dość dziwaczny człowiek, który od samego początku może wzbudzać podejrzenia. Z jednej strony bogacz, rozdający pieniądze na sport, który uwielbia zapasy, a z drugiej to lalusiowaty goguś, stłamszony przez starą matkę, która traktuje go jak śmiecia. Nie można się dziwić, że facet jest inny. Obserwujemy więc przygotowania zapaśników pod ręką pana du Ponta. Trening jest zróżnicowany, a sam filantrop zachowuje się czasem jak rozkapryszone dziecko. Dla niego zapaśnicy, to takie zwierzątka, którymi on może bawić się bez żadnych skrupułów.

Przez dwie godziny śledzimy historię na ekranie i zastanawiamy się, czy w pewnym momencie coś się wydarzy. Akcji praktycznie brak, opowieść płynie sobie swoim tempem, ale cały czas czujemy, że coś wisi w powietrzu. Chyba tylko to napięcie powoduje, że ten film daje się obejrzeć. Dla mnie był on za długi, zupełnie mnie nie zaciekawił, ale samo wykonanie jest poprawne. Jeśli nie lubicie biografii, to spokojnie możecie sobie odpuścić do dzieło. Nawet fanom kina sportowego ciężko by było mi go polecić, bo znam kilka innych filmów o sportowcach, które urywają tyłek. W przypadku „Foxcatchera nie musicie się obawiać, nic Wam nie odpadnie.