ON:
„Shadow of the damned” pojawiło się u mnie trochę niespodziewanie. Dzięki Paulinie stałem się posiadaczem tego tytułu. Kupiony w sklepie z używanymi grami pozwolił mi na przyjemne spędzenie czasu w towarzystwie Garci Hotspura i jego gadającej czaszki o imieniu Johnson. Chociaż dwójka ta zabiera nas do zaświatów wypełnionych demonami czyhającymi na ludzką krew, to w ich kompanii wszystko wydaje się jakieś „przyjemniejsze”.
Przygoda zaczyna się w domu Garcii, który został zaatakowany przez demony. Obleśnie stwory dopadły jego ukochaną i porwały ją w otchłań piekielną. Zrobiły to dlatego, że nasz bohater jest łowcą demonów, a najlepszym zagraniem jest uderzenie w bliskich, w osoby, które kochamy. Garcia nie daje za wygraną, chwyta za pistolet i skórzaną katanę i wskakuje w zamykający się portal. Trochę tutaj z „Dante’s Inferno”, trochę z „Boskiej Komedii”, a wszystko wymieszane z meksykańskimi korzeniami bohatera. Jak widzicie sama opowieść nie jest jakoś zmyślnie innowacyjna, ale napisana jest na tyle dobrze, że naprawdę daje dużo radości.
Po przekroczeniu bram krainy demonów, gra staje się TPS-em, który nie jest bardzo innowacyjny, a pomimo tego cholernie grywalny. Podróż przez kolejne lokacje uprzyjemnia nam komentarz czaszki, której sarkastyczne docinki potrafią czasem rzucić na kolana. Do eksterminacji rzeszy niemilców mamy szereg broni, które rozwiniemy w miarę naszych postępów. Przyjdzie nam stoczyć pojedynki z przeróżnymi typami wrogów i trzeba przyznać, że część z nich jest naprawdę obrzydliwa. Całe szczęście nasza broń bardzo dobrze radzi sobie z tymi ścierwami i pozwala nam spokojnie przedzierać się przez kolejne lokacje. Nasza ukochana, na imię jej to Paula, cały czas pojawia się w pobliżu, dzieje się tak dlatego, że mamy poczuć jak strasznie cierpi to dziewczę gnębione przez demony. Jej cierpienie jest motorem napędzającym działanie naszego Garci.
Graficznie nie mamy fajerwerków, ale jak na poprzednią generację gra wygląda całkiem znośnie. Jest mrocznie, bardzo klimatycznie i nastrojowo. Potwory i demony są obleśne i czasem straszą, a świat, który zamieszkują, przyprawia o dreszcze. Sama mechanika i animacje nie są złe. Inna sprawa to ścieżka dźwiękowa. To ona gra pierwsze skrzypce w tej produkcji i trzeba przyznać robi to bardzo dobrze. Za udźwiękowienie „Shadow of damned” odpowiada Akira Yamaoka, którego każdy fan elektornicznej rozrywki bez problemu rozpozna. To ten sam facet, który odpowiada za soundtracki do serii „Silent Hill”. Muzyka tutaj jest inna niż w produkcjach z „Cichego wzgórza”, ale nadal bardzo klimatyczna i pasująca do całości.
„Shadow of the damned” to gra, która gdzieś mnie ominęła. Zupełnie o niej nie widziałem, nie czekałem na nią i po prostu kupiłem ją przypadkiem na cztery lata po jej premierze. Czy było warto? Tak, bowiem mamy do czynienia z bardzo dobrą produkcją, która zapewni wiele zabawy każdemu fanowi strzelanek.
