ONA:
Leonardo DiCaprio to jeden z tych aktorów, z których Akademia Filmowa kpi. Jest on nie tylko przystojny, a każdy kolejny rok dodaje mu charakterności, to jeszcze sposób, w jaki kieruje swoją karierą, budzi zachwyt i szacunek. Tak nie ma przypadkowych ról. Tam są role wybitne i wyjątkowe. Ale cóż, Oscara jak nie było, tak nie ma. Ambicja Leo jednak nie ustępuje, więc na swoje barki bierze coraz to trudniejsze kreacje. Jakoś na początku roku w mediach pojawiła się informacja, że DiCaprio najpewniej niedługo przejdzie samego siebie i teraz już na 100% zgarnie złotą statuetkę. Ma wcielić się w rolę Billy’ego Milligana – człowieka dotkniętego rozszczepieniem osobowości, który pod koniec lat 70. ubiegłego wieku trafił za kratki za m.in. gwałty i który został uniewinniony w precedensowej sprawie. Dlaczego o tym piszę? Bowiem dziś na blogu pojawi się recenzja filmu, który również podnosi temat multiosobowości. Tylko w kobiecej formie. I też oparty na prawdziwych wydarzeniach! Tylko… no właśnie.
Frankie (Halle Berry) to młoda kobieta, która próbuje sobie poukładać życie, chociaż niezbyt jej to wychodzi. Pracuje jako tancerka w nocnym klubie. Niby nic takiego. Tylko jej zdarza się, że nie pamięta pewnych wydarzeń, które miały miejsce. Jej umysł robi skoki, o których ona nie ma pojęcia. Po jednym z takich „zaćmień” kobieta w złym stanie trafia na pogotowie, a tam skupia uwagę doktora, który w odróżnieniu do swoich branżowych kolegów, zainteresował się jej schorzeniem. Okazuje się, że Frankie posiada kilka osobowości: siebie, Alice i Genius. Celem lekarza stanie się pojednanie i poukładanie ich wszystkich, co oczywiście nie jest takie łatwe, a biorąc pod uwagę czas, w którym dzieje się historia – jest to wręcz innowacyjna terapia. Dr Oz (Stellan Skarsgard) odkrywa wiele tajemnic i każda z nich wpłynie na proces leczenia swojej pacjentki…
„Frankie i Alice” to babski film, więc nie ma za zbyt dużego sensu, by katować nim facetów. I niestety, mimo sporego potencjału i całkiem dobrej obsady, został spartaczony i to przez główną bohaterkę. Berry nie podołała. Inaczej – podołała, ale tylko częściowo. Nie wszystkie osobowości jej wyszły i niestety – częściej była irytująca, niż dobra. Stellan za to wypada tu świetnie. Jestem zachwycona jego rolami, bo sprawdza się zarówno w komediach, jak i w dramatach. Twórcy tego dzieła mieli świetną historię, dobrą obsadę, a popełnili straszliwą zbrodnię, bowiem ich dzieło przepływa między palcami. Jest nudne, nie daje do myślenia, nie rozbudza emocji – ot, taka tam historyjka, o której się zapomni prędzej, niż później.
Jeśli kogoś interesuje psycho-tematyka, to od biedy może obejrzeć. Przypadek Frankie jest interesujący, ale więcej informacji można doczytać, traktując ekranizację jedynie jako „materiał poglądowy”. Wszystkich innych raczej nie zainteresuje. Mnie wręcz zawiódł..
