Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

We’re the Millers

ON:

Jeśli nie macie pomysłu na wieczór, to może do gustu przypadnie wam seans filmowy. Tym bardziej, że kończy się okres wakacyjny, a co za tym idzie – lekkie i łatwe komedyjki zostaną za chwilę zastąpione innym kinem, tym bardziej pasującym pod jesienne deszczowe klimaty.
„We’re the Millers” jest właśnie takim przyjemnym, śmiesznym filmem, który na dwie godziny pomoże nam zapomnieć o codziennych troskach. David jest singlem w średnim wieku, mieszka sobie spokojnie w swoim mieszkanku, a kasę na życie ma z diderki zioła. To nie jest jakiś podrzędny kolo sprzedający na rogu. On jest profesjonalistą, a jego klientami są zwykli ludzie – ci, który raz na jakiś czas muszą sobie zapalić zdrowotnie. W pobliżu jego osoby przewijają się 3 osoby. Rose – atrakcyjna sąsiadka, która pracuje jako striptizerka i ma faceta wała, Kenny – nastolatek z mieszkania na parterze, który nie jest ani za ładny, ani za bystry i Casey – dziewczyna na gigancie. Pewnego wieczora przez Kenny’ego David traci cały towar oraz kasę dla swojego dostawcy. Wiadomo, że w tym zawodzie nie ma wyproś i gdy tylko wisisz 40 tysi szefowi, zaczynają się problemy. Dość szybko pojawiają się dwaj czarni kolesie, którzy dostarczają Dejva do Brada, czyli pana grubej ryby. Szycha nie ma zamiaru wyciągać konsekwencji z całego zdarzenia, ale proponuje dealerowi układ. Musi przemycić do USA przez meksykańską granicę trochę zioła. W zamian jego dług zostanie mu anulowany, a on sam zgarnie jeszcze dodatkowe 100 tysięcy zielonej kapuchy. Jak by nie patrzeć, to poza aspektem kryminalnym, jest to całkiem niezły deal. Ponieważ nie ma wyjścia – narkotykowa płotka musi się zgodzić. Tylko jak przewieźć narkotyki, aby nie wzbudzić podejrzeń? Los przychodzi z pomocą, a przypadkowe spotkanie z rodziną podróżująca camperem, podsuwa naszemu bohaterowi całkiem niezły pomysł. Nikt przecie nie będzie sprawdzał, a tym bardziej podejrzewał o przemyt narkotyków rodzinki na wakacjach. Tyle skąd wziąć takową? Okazuje się, że za odpowiednią kasę znajdą się odpowiednie osoby. Rose zdecyduje się być troskliwą i kochającą mamą, a Kenny i Casey będą słodkimi, dorastającymi nastolatkami. Wszyscy razem tworzą rodzinę Millerów – największe nieszczęście chodzące po ziemi. Gdy znajdą się na pokładzie samolotu, zacznie się ich wspólna przygoda.

Nie powiem – dzieje się! Mamy meksykańską mafię, przemytników i uciekinierów, jest gejowski mexico-glina, mamy ukąszenia pająka w jajo i wiele innych rzeczy. Będzie obleśnie, złośliwie, niepoprawnie politycznie i etnicznie, rubasznie i chamsko, czyli tak jak Marudy lubią najbardziej. Komedia ma mnie śmieszyć i tak właśnie jest w tym przypadku. Paula kilka razy dosłownie popłakała się ze śmiechu. Jest naprawdę dobrze. Sympatyczne, lekkie kino na zakończenie letniego sezonu.

ONA:

„Przyjaciele” to jeden z moich ulubionych seriali. Od dłuższego czasu próbuję zabrać się za oglądanie po kolei wszystkich odcinków, szczególnie, że bardzo ładne i fajne wydanie leży na półce, ale jakoś mi nie idzie. Ale dziś nie o tym sitcomie mam zamiar rozprawiać, a o tym, co dzieje się po nim…

Było ich sześcioro. Przez dekadę byli „Przyjaciółmi”, a gdy serial się skończył, wyjście z tamtych ról okazało się ekstremalnie ciężkie. No cóż, gdy decydujesz zagrać się w produkcji, która po szybkim czasie staje się kultowa, wpadasz w sidła jednej roli. Potem jest kiepsko… Ekipa z „Przyjaciół” jest na to dowodem. Courtney Cox skończyła się z kolejną częścią „Scream”, Lisa Kurdow zawsze będzie miała role infantylne, Matt LeBlanc głupie, a David Schwimmer może co najwyżej podkładać głos pod Melmana z „Madagaskaru”. Ogromnie cierpię z powodu tego, że Matthew Perry nie umie sobie znaleźć miejsca w Fabryce Snów. Miał kilka interesujących ról, ale zwykle ktoś go przyćmił (weźmy na przykład „Jak ukraść 10 milionów” albo jego ostatni film – „17 again”). Szkoda, bo w serialu moim zdaniem miał najlepszą kreację. No i zostaje Jennifer Aniston (czy tam Aidźstąd). Ona i tak wygrała wszystko, bo przecież była żoną Brada Pitta (nienawidzę suki szczerze), ale z całej paczki tylko jej się udało. Okej, już zawsze będzie Rachel z fryzurą, która wyznaczała trendy, ale dziewczyna się stara i jak tak przejrzałam jej filmografię, to o dziwo kilka komedii ma naprawdę świetnych. Dawała radę w „Bruce Wszechmogącym”, w „Sztuce zrywania” mnie ujęła zawziętością, a w „Marley i ja” wzruszała. Ale moim zdaniem najbardziej udały się jej trzy role: w „Szefowie wrogowie” – łamała swoją przyjacielską klątwę grając wyuzdaną dentystkę, w „Żona na niby” pokazała, że ciągle jest hot, właściwie – nawet bardziej teraz, niż kiedyś (ten nos…), a ostatnio widziałam ją w „Millerowie” i w tym filmie też dała rolę, grając jednocześnie striptizerkę i udając „mamuśkę”. I właśnie o tym filmie będzie coś dziś…

Na „dzień dobry” powiem, że ekstremalnie warto zobaczyć ten film, bo jest to po prostu rewelacyjna komedia, na której można rżeć do bólu brzucha. Nie jest to zbyt oczywiste i oklepane filmidło z fabułą, która nas zanudzi, a potem zaleje słodkim happy endem. Powiedziałabym wręcz, że to film bardzo niepoprawny. I chwała mu za to! Wycieczka wypasionym kamperem, na którą zabierze nas „rodzina” Millerów to genialna opcja na wakacyjny wieczór. David (Jason Sudeikis) to miastowy dealer trawkowy. Nie jest pazerny, ma swoją markę, którą pielęgnuje od wielu lat, ma swoich stałych klientów i biznes raczej się mu kręci. Żyje sam i bardzo sobie to ceni – zerowe zobowiązania są najlepsze, szczególnie widząc w jak żałosnym położeniu są jego rówieśnicy… I pewnego wieczora przytrafia się mu tak zwana „kupa” (nie wchodząc w szczegóły, bo jakoś nie mam ochoty rozpisywać scena po scenie co, kto i dlaczego) – zostaje obrabowany. Banda gówniarzy kradnie mu cały utarg. I zanim uspokoi nerwy, zacznie do niego wydzwaniać „szef” (Ed Helms), który domaga się kasy. No cóż… Nasz bohater jest w autentycznej, czarnej dupie. Ale spokojnie, szefu ma do niego propozycję. Żeby było „po sprawie” David ma wyruszyć do Meksyku, zabrać z „fabryki” trochę zielska i przywieź to do niego. Zwróćmy w tym miejscu uwagę na sformowanie „trochę zielska”, gdyż w dalszej części będzie wyjaśnione ile to jest „trochę”… David się waha, ale zbyt dużego wyjścia nie ma. Godzi się. I teraz zaczyna knuć jak ma to zrobić. Pomysł znajduje dosłownie na ulicy. Postanawia pobawić się w nudnego tatuśka, który ze swoją rodziną bawi się w wycieczki objazdowe, który jest zbyt otwarty, zbyt naiwny i zbyt nudny, by szmuglować przez granicę „trochę zielska”. Taaak. Brzmi dobrze. Tylko trzeba znaleźć rodzinę. „Synusia” łapie z miejsca – przez niego ma kłopoty. „Córcię” zgarnia z ulicy, a „żonkę” – z baru ze striptizem. Cała czwórka dokonuje ekstremalnej metamorfozy i zaczynają bawić się w grzecznych Millerów… Przyjeżdżają na miejsce i okazuje się, że „trochę zielska” to jakieś dwie tony zielska… I teraz dopiero zacznie się zabawa…

To, co napisałam powyżej, to jedynie zarys, wstęp do całej historii, która gmatwa się potem jak to na amerykańską komedię przystało. Jedno jest pewne – jest autentycznie śmiesznie, lekko i bardzo „nietypowo”, jak na przeciętną komedię, w której pierwsze skrzypce gra jakaś tam rodzina. Plus jest striptiz w wykonaniu Aidźstąd (oj tak!), a Sudeikis, nawet po przerobieniu na „tatuśka”, jest do pożarcia.