ONA:

Wiecie ile zabierałam się za film „Medicus”? Wstyd się przyznać, ale 1,5 roku. Zawsze było coś innego, co zabierało moją uwagę. Zrozumiałam to dopiero wtedy, gdy moja mama z rumieńcami i nieukrywaną radością powiedziała mi „Ależ ten film jest zajebisty! Podobał Ci się?” Yyy, mamo… jakby Ci to powiedzieć… Ja go nie widziałam. Ten zawód w oczach matki… Jakbym nagle jej przedstawiła nowego narzeczonego z jakiegoś muzułmańskiego kraju.

Ale obejrzałam i jestem naprawdę zachwycona tym filmem. Jest pięknie zrealizowany, mądrze opowiedziany i dotyka wielu sfer życia człowieka – od zdrowia, po religię.

Matka Roba (Tom Payne) umarła nagle, osierocając go i dwójkę młodszego rodzeństwa. Choroba boku zaatakowała szybko i nie było nikogo, kto mógłby ją powstrzymać. Żniwo, które zbierała, było ogromne i nic nie wskazywało na to, że ktoś to pokona. Wtedy, w XI wieku, wszyscy się jej bali. Co to było? Zapalenie wyrostka robaczkowego? Dziś to zabieg, od którego większość lekarzy zaczyna swoją praktykę. Ale te 10 wieków temu nikt o niej nic nie wiedział. Próbowano różnymi sposobami powstrzymywać atak, ale to wszystko było na nic. Jednak ciekawość medyków była ogromna. Skuci kajdanami religii mogli jedynie domniemywać co skrywa ciało człowieka. Na szczęście, bo pewnie gdyby nie oni, to nadal wcieralibyśmy w maści z miodu i ziół, byli również tacy, dla których tajemnica ludzkiego zdrowia, była na tyle kusząca, że robili oni wszystko, by ją poznać. Film „Medicus” jest właśnie o nich.

Po śmierci matki Robem zajął się pewien balwierz (Stellan Skarsgard), który podróżował z miasta do miasta, ze wsi do wsi i pomagał ludziom z różnymi schorzeniami. Młody chłopiec wychował się wręcz w towarzystwie mikstur, kleszczy do usuwania zębów, rozgrzanego metalu, którym usuwano problemy skórne. Świat ten go zafascynował na tyle, że postanowił on udać się na daleki Wschód, by kształcić się w u najlepszego – u Ibn Sina (Ben Kingsley), który postawił ówczesnej medycynie zupełnie nową poprzeczkę. Niestety, Rob, który był chrześcijaninem z Anglii, nie mógł ot tak przejść przez cały stary kontynent, zapukać do bram i zapisać się na lekcje. Jego podróż wymagała wielu poświęceń, np. zmiany religii. Ale czym jest wierzenie w zderzeniu z ogromnym powołaniem?

„Medicus” to długi film, ale absolutnie tego nie czuć. Historia, którą pokazali nam twórcy, fascynuje, wciąga, daje do myślenia. Mamy to szczęście, że urodziliśmy się w czasach, w których świat nauki stoi przed nami otworem, a każdego dnia tysiące tęgich głów pracują nad tym, by poznać go jeszcze bardziej i jeszcze mocniej. Dodatkowo w filmie podjęte są również inne kwestie. Bo jeśli chodzi o medycynę z tamtych czasów, a także o różnego rodzaju zachowania „higieniczne”, to my byliśmy trzecim światem, który mył się raz na rok i gnił od środka. Na Dalekim Wschodzie praktykowano zupełnie inaczej. A dziś?

Czy warto? Bardzo. To wręcz bajkowa opowieść, przepełniona wspaniałą historią.

ON:

O „Medicusie” Paulina wspominała kilka razy. Za każdym odkładaliśmy seans na później, między innymi z racji długości tego filmu. Czasami ciężko jest wysupłać dwie i pół godziny po całym dniu pracy. W końcu nam się udało. Rodzice pojechali na urlop, a my zasiedliśmy w salonie i na VOD uruchomiliśmy film w reżyserii Philippa Stolzla.

Nie miałem pojęcia o czym tak naprawdę jest to dzieło. Nigdy nie czytałem nic o tym filmie i to okazało się strzałem w dziesiątkę. Historia Roba Cole’a oraz Ibn Sina wciągnęła mnie niesamowicie. Całość jest przekoloryzowana, ale i idealnie doprawiona. Jeśli się wciągniecie, tak samo jak ja, to będziecie zachwyceni tą niemiecką produkcją. „Medicus” jest jak opowieść Tysiąca i jednej nocy. Łączy wiele wątków, jest bajeczny, a może nawet bajkowy. Chyba obejrzałem go w dobrym momencie, bo chodziło za mną tego typu kino.

Historia dzieje się w XI wieku. Część przygody przeżyjemy w Europe, a dużą jej część w Persji. To ten kraj będzie celem młodego Roba Cole’a. Nim jednak wyruszy w tą daleką podróż, musi wydarzyć się wiele w jego życiu. Na początku umrze jego matka. Młodsze rodzeństwo zabierają mieszkańcy wioski, a jego pozostawiają samego sobie. Całe szczęście przez wieś przejeżdżał balwierz i to na jego wozie schował się Rob. I tak już u niego został. Kolejne lata spędzali razem. Wyrywali zęby, nastawiali zwichnięte kończyny, amputowali palce. Nadszedł jednak dzień, w którym starszy mężczyzna zaczął niedowidzieć. Nie było lekarstwa na jego ślepotę, a bez       zmysłu wzroku mężczyzna jest skazany na żebry i śmierć. Młody Cole znajduje grupę żydów, którzy także zajmują się leczeniem. Jest tylko mała różnica. To, co balwierz nazywa leczeniem, nawet nie stało koło sztuki, którą prezentują Ci mężczyźni. Przeprowadzony przez nich zabieg przywraca balwierzowi wzrok, co dla młodego Cole’a jest zdarzeniem magicznym. Chłopak postanawia, że wyruszy do Persji, gdzie znajduje się szkoła medyków i zdobędzie wiedzę, która pozwoli mu na przeprowadzanie podobnych zabiegów. Podróż wiąże się z wieloma niebezpieczeństwami i wyrzeczeniami, a na każdym jej etapie czekają zagrożenia, których nie da się przewidzieć. W końcu, po długiej tułaczce, samookaleczeniu i podszywaniu się pod innych, mężczyzna dociera do wspomnianej szkoły medycyny. Czy jednak uda się mu dostać w progi elitarnej uczelni?

Strasznie dobrze ogląda się ten film. Ilość wątków występujących w opowieści nie przytłacza i pozwala się w nich łatwo połapać. Tutaj cały czas się coś dzieje. To nie jest kino akcji, ale scenariusz poprowadzony jest w taki sposób, że nie można zarzucić mu nudy. Dość szybko poznamy kto jest kim i obierzemy jedną stronę, która wyda nam się słuszna. „Medicus” to opowieść o pasji, miłości, przyjaźni i odkryciach. Mamy do czynienia z naprawdę dobrym, wciągającym dziełem.