ONA:

Adam Sandler to dla mnie twórca wyjątkowy. Mnie bawi zawsze, a jego dzieła odbieram bez grama krytyki. Nawet, gdy tworzy kino familijne. Jeśli mam ochotę na komedię, ale nie potrafię wybrać na którą – wtedy biorę się za pierwszą z brzegu produkcję ze stajni Sandlera i wiem, że jest to strzał w dychę. Oczywiście jest mnóstwo jęczybuł, które wyśmiewają jego dzieła, ale mnie to nie rusza zupełnie. Jeśli film daje mi wartość, a w tym przypadku to po prostu dobra zabawa i góra śmiechu, to jest to po prostu dobre dzieło, warte czasu, pieniędzy itp. Dziś najnowsza produkcja wprost ze studia Happy Madison. Dziś – „Piksele”.

Mamy początek lat 80. ubiegłego wieku. Dwóch uroczych gówniarzy z wypiekami na twarzach wydają monety w salonie gier. Jednemu z nich idzie to wybitnie dobrze. Szybko odnajduje schematy, wzory i algorytmy, co pozwala mu rozpracować kolejne gry. Trudno się więc dziwić, że w wielkim konkursie dla graczy pnie się wysoko. Jego głównym rywalem jest Eddie (Peter Dinklage). Mimo ogromnego wsparcia ze strony kumpli – Brenner przegrywa. Niestety, chwała i sława nie należą się dla osoby, która zdobyła drugie miejsce. Minęły lata. Z chłopaka wyrósł mężczyzna, który zaprzepaścił swój talent. Zamiast zostać inżynierem po MIT – on montuje urządzenia w domu. Co ciekawe – jego kumpel z młodzieńczych lat, jest prezydentem! Panowie przyjaźnią się nadal, Brenner po Białym Domu chodzi sobie jak po domu sąsiada.

Podczas typowego dnia pracy nasz monter trafia do domu apetycznej rozwódki, Violet. Chętnie zapodałby jej tłuczka, ale został wezwany przez głowę państwa. Co ciekawe – ona też. Na miejscu okazuje się, że jedna z baz wojskowych została zaatakowana przez dziwną formę. Wojskowi, wraz z Violet, próbują rozwiązać tę zagadkę, ale to Brenner zauważa, że atak przypomina coś, co on już widział. Dawno temu, na jednym z automatów do gry… Próbuje wytłumaczyć zgromadzonym co się dzieje, ale oni patrzą na niego jak na idiotę. Nawet prezydent. I potem następuje drugi atak, tym razem w Indiach. Wtedy już nie ma odwrotu – nawet ci, którzy najbardziej kpili, muszą poprosić montera o pomoc.

Co się okazało – lata temu w przestrzeń kosmiczną wysłana została kapsuła, a w niej nagranie z wspomnianych już mistrzostw gier. Obcy niestety nie zrozumieli treści, stwierdzili, że to ewidentne wypowiedzenie wojny i zesłali na Ziemię wszystkie możliwe pikselowe kreatury, które widzieli na materiale. Jest więc Mario, Donkey Kong, tetris, a nawet Pac-Man. Cel: zniszczyć ludzkość. Zpikselować cały świat!

Bawiłam się przednio już na trailerze. Tak abstrakcyjna fabuła okazała się rozkosznym powrotem do 8-bitówek. Zalałam mnie fala wspomnień, z solidną dawką świetnego humoru, z którego Sandler słynie. Mamy tu też fajną obsadę, fajną ścieżkę muzyczną, ale przede wszystkim mamy tu prostą, ale zabawną fabułę. Rechotałam przez ponad 100 minut – to mi wystarczy, by móc powiedzieć, że warto.

ON:

W 2010 roku niejaki Patrick Jean udostępnił w Sieci krótki filmik, na którym widać postacie z klasycznych gier Arcade’owych, które niszczą Nowy Jork. Nikt pewnie nawet nie myślał, że 5 lat później na ekrany kin wejdzie pełnometrażowa wersja tej historyjki.

Wczorajszy wieczór spędziliśmy w kinie. Po całym dniu upałów, po prostu wsadziliśmy tyłki do auta i ruszyliśmy w kierunku pobliskiego, bardzo kameralnego kina. Z racji tego, że ceny biletów w tym miejscu nie są abstrakcyjne, a na seans można wejść nawet za 12 złotych (bilet dla osoby dorosłej bez ulg), to często gościmy w tym miejscu.

„Pixels” jest komedią, która zaczyna się świetnym intro, wstępem dosłownie bajecznym. Retroklimat wylewa się z ekranu i pozwala man poczuć się jak jeden z uczestników turnieju gier Arade. Automaty to wspaniała sprawa, sam chętnie bym postawił w salonie „Galagę”, czy też „Space Invaders”. Wspomniany turniej gier, to impreza dla młodych i starych, ale to właśnie pokolenie dzieciaków pozamiatało na tej imprezie. Głównymi, finałowymi przeciwnikami są Brenner – spokojny, opanowany nerd i Eddie – karzeł, którego ego jest większe niż on sam. Ostatnia potyczka polega na zdobyciu największej liczby punktów w „Donkey Konga”. Pojedynek jest długi i wyczerpujący, ale niestety, Brenner przegrywa, a główną nagrodę zgarnia Eddie, który swoją drogą jest kawałkiem prącia. Ważnym wydarzeniem podczas tej imprezy było nagranie wszystkiego na kasetę VHS. Nośnik ten został później przekazany NASA, a oni wystrzeli go wraz z innymi rzeczami w kosmos. Miała to być wiadomość do kosmitów.

Mija kilka dobrych lat. Brenner nie został znanym twórcą gier i pracuje jako osoba zakładająca kablówki. Jego najlepszy kumpel Cooper także nie do końca trafił z zawodem, został bowiem Prezydentem Stanów Zjednoczonych. Problemem jest to, iż jego prezydentura to farsa, której lepiej nie komentować. W czasie gdy na Ziemi spokojnie płynie sobie czas, w kosmosie dzieją się rzeczy niezwykłe. Nasza wiadomość dotarła do obcej cywilizacji. Problem jest taki, że odczytano ją ona bardzo opacznie. Według kosmitów wyzwaliśmy ich na zawody w gry Arcade. Mamy trzy życia i jeśli przegramy, to oddajemy im naszą planetę. Pierwszy atak, a właściwie zawody, odbyły się na terenie wojskowej bazy w USA. Ponieważ nikt nie był przygotowany na to, co się dzieje, dostaliśmy wpierdziel. Kolejny atak odbył się gdzieś w Indiach, ale na trzecie uderzenie w UK byliśmy już przygotowani. Wszystko dzięki pracy rządu USA oraz trójki nerdów, którzy w latach 80-tych ubiegłego wieku byli mistrzami gier.

„Piksele” ogląda się bardzo lekko. To totalnie wakacyjne kino, które ma dać na niezobowiązującą rozrywkę. Jako tego typu napełniacz czasu spełnia się idealnie.