ONA:
Plan był taki: niedzielny wieczór, jakieś pyszności do przegryzania, rozłożone Monopoly (bo przecież mieszkamy z ok. 8 setkami gier na konsole) i film „w tle”. Taki wiecie – niewymagający uwagi, skupienia, którego można oglądać jednym okiem, bo i tak nic nie stracimy, jeśli po drodze będziemy robić inne rzeczy. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że „Udając gliniarzy” to co prawda komedia klasy B, ale całkiem fajna!
Ryan i Justin to para kumpli, którym życie tak średnio się udaje. Jeden dawno temu zagrał w nędznej reklamie, a drugi próbuje robić gry. Żadnemu się nie udaje… Duże miasto ich dyma, a oni sami zaczynają być świadomi tego, że raczej nie uda im się zaistnieć. Czas więc wrócić na prowincję, gdzie będą żyć jak wszyscy… Ale zanim to nastąpi, czeka ich jeszcze jedna impreza – przebierana do tego. Kolesie oczywiście źle zrozumieli o co w tej maskaradzie chodziło i na bibie pojawili się w strojach policjantów. I kto by pomyślał, że te uniformy tak bardzo się im spodobają… Bo skoro już je mają, to może warto pobawić się w mundurowych?
Oczywiście nasi bohaterowie ciut za bardzo angażują się w udawanie gliniarzy, no i nie trzeba być jakimś wybitnym znawcą kina, by strzelić, że pojawią się w złym miejscu, o niewłaściwym czasie. Postanowili, że „zażartują” sobie z pewnych kolesi. No cóż, lepiej by było, gdyby tego nie zrobili. Stanęli bowiem na odcisku niezłych szumowin, którzy nie udają bandziorów. Zaczyna być baaaardzo śmierdząco i coraz bardziej niebezpiecznie.
Jeśli podejdziecie do tego filmu na tak zwanej „luźnej gumie”, to całkiem możliwe, że się Wam spodoba. To jeden z tych dzieł, które po prostu nie robią krzywdy. Można się zaśmiać – ba, można nawet zaśmiać się głośno i do rozpuku! Nie ma w tym filmie niczego odkrywczego, zaskakującego, a kolejne sceny wydają się być zaczerpnięte z innych produkcji. Ale jest chamski humor, ponadczasowe prawdy i całkiem wartka akcja. To typowy odmóżdżacz, do którego nie należy podchodzić na serio, tylko dać się ponieść.
ON:
Naszło mnie na wspomnienia. Wsłuchując się w album mojego dzieciństwa, którym jest fenomenalny ‘…But Seriously’ Phila Collinsa, zdałem sobie sprawę z tego jak dużo kresek mam na karku i w którym jestem miejscu. Nie mogę narzekać, bo dziś okazało się, że są osoby, które chcą oglądać mój pysk na kubku do kawy. To naprawdę super uczucie. Tak trochę sentymentalnie zaczynam recenzję filmu o dwóch kumplach, którzy są w podobnym wieku i niestety miotają się po świecie i rynku pracy. Jeden chce stworzyć grę komputerową, której nikt nie chce wydać, a drugi jest byłym graczem ligi football’u któremu kontuzja nie pozwoliła kontynuować kariery.
Obaj panowie stanęli w miejscu. I nic nie wskazuje na to, że pójdą dalej. Każdy wyciera sobie nimi pysk. Zero poważania, zero szacunku, po prostu dno. W pracy ich szmacą, poza pracą także, nie mówiąc już o tym, że nie ma możliwości spotkania się z fajnymi kobietami – pozostaje tylko wzdychanie do tych pięknych, które nawet na nich nie patrzą.
Pewnego dnia panowie muszą skoczyć na bal maskowy. Myląc go z balem dla przebierańców kumple ubierają się w mundury policjantów. Od początku coś jest nie tak, wszyscy dziwnie na nich patrzą, a po imprezie, idąc ulicą, wszyscy traktują ich z należnym szacunkiem. Coś, co nigdy się nie przytrafiło, co wydaje się tak nierealnie i odległe, że ciężko przywrócić się do starego stanu rzeczy. I zamiast wrócić do swojego prawdziwego ja, panowie postanawiają, że wcielą się w funkcjonariuszy policji. Ich gra jest na tyle dobra, że wkręcają nie tylko siebie i najbliższe otoczenie, ale i złego bandziora, i lokalną policję. Aby stać się jeszcze bardziej wiarygodnymi, panowie kupują na e-bay stary samochód policyjny i przy jego pomocy patrolują ulice. Oderwani od rzeczywistości nie zdają sobie sprawy z tego, jak bardzo głęboko wdepnęli.
Pomimo tego, że mamy do czynienia z głupkowatą (ale tylko czasami) komedią, to jest to całkiem sensowna opowieść o męskiej dumie i przyjaźni oraz o dążeniu do marzeń. Panowie zrobili wiele, aby dostać to czego tak naprawdę oczekują i co im się należy. Trzeba przyznać, że wyszło im to całkiem nieźle. Dlaczego zacząłem wpis nostalgicznym akcentem? Bo wiem, że warto dążyć i brnąć ostro do przodu, czasem trzeba włożyć w to wiele pracy, ale się da. Dzięki wszystkim, którzy w nas uwierzyli.
