ON:
Książki, które znajdują się na naszej półce, należą do wielu gatunków. Ja z racji swojego wielkiego uwielbienia do fantastyki wszelakiej, zbieram od wielu lat te, które chociaż trochę zahaczają o ten gatunek literacki. Część z nich to pozycje nijakie, crapy absolutne, które zmęczyły mnie tak bardzo, że już nigdy do nich nie wrócę. Inne są pozycjami niesamowitymi, moimi „klasykami”. Ta druga pula książek, to powieści nagradzane i wyróżniane w wielu znamienitych konkursach.
Do takich powieści zaliczam „Marsjańską Trylogię” Kima Stanleya Robinsona. W skład trójksięgu wchodzą: „Czerwony Mars”, „Zielony Mars” oraz „Błękitny Mars”. Łącznie powieści liczą sobie około dwa i pół tysiąca stron. To dużo. Na dodatek lektura tych powieści nie należy do najłatwiejszych, przez co osoba, która dopiero rozpoczyna swoją przygodę z fantastyką, może mieć problemy przez przebrnięcie nawet przez pierwszą część „Czerwonego Marsa”. Robinson ma taką manierę pisania. Swoją opowieść snuje bardzo powoli, szpikuje ją masą faktów technologicznych i środowiskowych, a w dalszej części swojej powieści skupia się na aspektach politycznych i socjalnych całego procesu kolonizacyjnego czerwonej planety”.
„Czerwony Mars” opowiada o misji Aresa na Marsa. Grupa naukowców i techników ma przygotować nieprzyjazny kawał skały na przyjęcie kolejnych kolonistów. Sam prces transformacji jest bardzo długotrwały, przelot też nie należy do najkrótszych, dlatego aby bohaterowie nie starzeli się tak szybko, Robinson zapewnił im terapię genową, która w sztuczny sposób wydłuża ich życie. Przy technologii, która występuje w książce, zabieg ten nie wydaje się jakoś nie na miejscu.
Pierwsza część „Czerwonego Marsa” to lot Aresa i właściwie to jest najsłabszy kawałek książki. Chociaż jest on potrzebny, aby czytelnik mógł zapoznać się z postaciami, bohaterami, którzy postawią swoją nogę na czerwonej skale. Autor nie daje nam łatwego do zgryzienia orzeszka. Nie ma tutaj za wiele humoru, emocje i uczucia bohaterów są też bardzo subtelnie dawkowane i z tego powodu ciężko się nam z nimi uosobić. Jednak im dalej w Mars, tym więcej skał! Wszystko się rozkręca i zaczynamy łykać kolejne strony w dużo większym tempie.
„Marsjańska Trylogia” dziele się na przestrzeni wielu lat. Mamy tutaj przeskoki czasowe, trwające nawet dziesięciolecia. To zrozumiałe, bowiem w innym przypadku nie byłoby możliwości zmieścić się nawet w 10 tysiącach stron. Kim Stanley Robinson skupia się na tym, co wydaje się mu najważniejsze w całej wyprawie. Chyba najbardziej boli w książce ogromny „product placement”. Autor w wielu przypadkach podaje marki przedmiotów, którymi posługują się kolonizatorzy. Rozumiem, że misja musiała być sfinansowana przez wiele korporacji i każdy chciał wrzucić do pudełka coś od siebie. Na dłuższą metę to męczy, ale gdy już przebrniemy przez katalog narzędzi, ich marki nie pojawiają się ponownie.
„Marsjańska Trylogia” Kima Stanleya Robinsona to naprawdę mądra seria. Trochę utopijna, ale pojawiają się w niej także elementy dystopii. Autor w bardzo dosadny sposób stara się rozłożyć na elementy pierwsze długi i żmudny proces terraformacji niebezpiecznej planety. Myślę, że warto sięgnąć po ten cykl. Jednak ostrzegam tych, którzy chcą kupić te książki. Z racji tego, że od 1995 roku nikt się nie zabrał za reedycję cyklu, jego zakup może wiązać się z dość dużym wydatkiem.
