ONA:

Piątek w kinie? Brzmi rozkosznie dobrze. Film za filmem. Ja, duży ekran i kolejne produkcje. Po ciężkim tygodniu taka forma odmóżdżenia robi mi po prostu najlepiej. Dużo lepiej, niż np. zachlanie mordy i taplanie się we własnych wydzielinach. Tym razem padło na dwie produkcje: „Sicario” i „Marsjanin”. O ekspansji Marsa pisaliśmy wczoraj. Dziś bierzemy się za bezwzględny meksykański kartel narkotykowy.

Kate Macer (Emily Blunt) to trzydziestoparoletnia agentka FBI. Rozwódka, bezdzietna. Pierońsko skuteczna w swoim fachu. Ona nie wchodzi przez drzwi. Ona je najpierw wywala z futryn konkretnym kopniakiem! Trudno więc się dziwić, że gdy jej szefowie rozpoczynają nową akcję, to ona jest jej integralnym elementem. Nie wiedząc zbyt dokładnie w co się pakuje, wraz z ekipą Matta Gravera wyrusza do akcji. Wszystko wydaje się być bardzo dziwnie poukładane, a tajemniczy Alejandro (Benicio Del Toro) tą „dziwaczność” dopełnia. Dość szybko można rozszyfrować, że wszystko, co się wydarzy, będzie wręcz drwiło z postanowień i procedur, których Kate bardzo mocno się trzyma.

Jejjj! Co to był za film! Mocny, szalenie intensywny, chociaż przewidywalny, ale w granicach przyzwoitości. Jest szalenie mroczny i ciężki. Klimat w tym filmie, gra na równie ważnej pozycji, co świetna obsada. A skoro już przy niej jesteśmy. Emily Blunt w moich oczach zawsze była tą z „Diabeł ubiera się od Prady”, gdzie miałam wrażenie, że grała z zatkanym nosem. Tu jest zupełnie inną osobą. Jej aktorstwo stanęło na bardzo wysokim, szalenie zaangażowanym poziomie. Szczątkowy makijaż, zwykłe włosy, ubrania. Gnat przyczepiony do spodni. Przenikliwy wzrok, którym próbuje analizować i łączyć kropki. Nie udaje się jej to zupełnie. Stała się elementem, kukiełką, trybikiem w machinie. Gdzieś gubi swój profesjonalizm, bo musi pracować z takimi, którzy kpią z niego. Jest spragniona i to też po niej widać. Jest tu naprawdę genialna. Nie sposób oderwać od niej wzroku. Dzielnie partneruje jej Josh Brolin, który gra tu skurwiela pierwszej klasy oraz Del Toro. Sporo osób, które widziały już ten film, zachwyca się Portorykańczykiem i jest w tym sporo sensu, ale on tu nie wychodzi poza klasycznego Del Toro. Jest tajemniczy, ba – bardzo tajemniczy, wściekły i żądny zemsty. Widać, że życie nim orało i że teraz nadchodzi czas na zemstę. Zresztą, co ja Wam będę opowiadać. Nie można się przyczepić obsady. Dobrani zostali genialnie, a Blunt wychodzi z samej siebie w tym filmie.

Nie miałam pojęcia czego się spodziewać. Intuicyjnie wybrałam ten film i odpadła mi z wrażenia dupa, bo to jest tak cholernie mocne dzieło, tak ekscytujące i tak bardzo wciągające, że nie sposób nie zapaść się w historię, którą tak szalenie wciąga. Poważnie. To jeden z tych filmów, o którym trudno opowiedzieć, bo nie ma wystarczająco dobrych słów, by zrobić to równie perfekcyjnie. Obejrzyjcie. Koniecznie!

ON:

Chyba potrzebowałem tak mocnego thrillera, jakim jest „Sicario”. Brutalnie i ostro ściągnął on mnie na ziemię po ostatnich komediach i filmach obyczajowych. Reżyser Denis Villneuve postarał się o to, aby jego film był mocny, brutalny i prawdziwy. Dzięki tej zagrywce przez praktycznie dwie godziny siedzimy jak na szpilkach, śledząc losy bohaterów. To kino w starym, dobrym stylu.

Kate Macer to młoda agentka z wydziału zajmującego się porwaniami. Jej praca nie należy do najłatwiejszych. To ciągły stres, rozwód, który ją przybija i zadania z górnej półki. Poznajemy ją w momencie wjazdu na jeden z domów należących do grubej szychy. Oczywiście, nigdzie w papierach nie znajdziemy, że chata oficjalnie „stoi” na tę osobę. Na miejscu dochodzi od makabrycznego odkrycia. W ścianach domów zamurowanych jest kilkadziesiąt ciał. To osoby, które podpadły. Aby tego było mało, przestępcy zaminowali wejście do schowka. Nieuważni gliniarze doprowadzili do zdetonowania ładunku, który zabija dwie osoby. Po tym zdarzeniu Kate i jaj kumpel z pracy Reggie Wayne lądują na dywaniku. Co ciekawe – nie dlatego, aby otrzymać naganę, ale po to, aby dostać propozycję przyłączenia się do specjalnej jednostki antynarkotykowej, mającej rozpracować bossa wszystkich bossów.

Kate godzi się na tę propozycję i tak naprawdę od tej chwili jej życie staje na głowie. Procedury, które są w tej jednostce, mają się nijak do przepisów, których ją uczono. Dość szybko zostaje rzucona na głęboką wodę i tak naprawdę nie potrafi sobie z tym poradzić. Jej obecny przełożony to zimny, wyrachowany koleś, a jeden z ekspertów do walki z bandziorami, niejaki Alejandro, jest jeszcze większym zbirem niż kolesie, których szukają. Tutaj działa się w myśl zasady ogień zwalczaj ogniem. Co ciekawe, trochę się to sprawdza. Każda akcja jest przemyślana i dokładnie zaplanowana. Nie ma tutaj miejsca na błędy i luki. Dzięki precyzyjnym ujęciom szybko można podciąć płetwy grubym rybom, a jak już to zrobimy – wystarczy czekać, bowiem przerażeni mafiozi popełniają błędy.

Wydaje mi się, że w „Sicario” uniknięto błędu, który pojawił się w „The Prisoners”, wcześniejszym filmie Denisa Villneuve’a. Chodzi o lekkie dłużyzny. Rozumiem, że mamy do czynienia z innymi filmami i innym tempem narracji, ale dzięki postawieniu na brudną akcję – „Sicario” zyskuje bardzo dużo. To naprawdę świetne, mocne, brutalne kino. Spodziewajcie się okaleczonych ciał, trupów w dużej ilości i ciągłej adrenaliny. Tutaj nawet „zwolnienia” potrafią wywołać dreszcze. No i na koniec dochodzi jeszcze Benicio Del Toro, który w roli Alejandra jest po prostu demoniczny, bajka! Naprawdę warto!