ONA:
Właściwie nie wiem od czego zacząć dzisiejszy wpis. Pisanie o tym, że nie wie się o czym pisać to zawsze jakiś dobry pomysł start. Właściwie – wiem co powinnam napisać: „Labirynt” to film tak rewelacyjny, że powinniście pójść do kina i zobaczyć go na dużym ekranie.
Zapytacie mnie jaki jest ten film. Odpowiem, że jest genialny w każdej minucie. Uwodzi i jednocześnie straszy klimatem, zaskakuje brutalnością i mąci nam w głowie kolejnymi scenami i ujęciami. Jest długi i moim zdaniem, jakby wyciąć z niego ok. 10 minut, byłby perfekcyjny. Z seansu wyszłam oszołomiona. Przeraża mnie to ilu pojebów chodzi po świecie. Przeraża mnie to jak bezsensownie można krzywdzić inne osoby, nie zapominając również o tym, że oglądając tego typu filmy zaczynasz zastanawiać się nad tym, że de facto w żadnym miejscu na Ziemi nie jesteś bezpieczny. Bo ktoś w biały dzień, w spokojnej mieścinie, która „żyje” sobie bez większych ekscesów, ktoś jest w stanie zadać Ci taki cios, po którym nic już nie będzie takie samo…
Film zaczyna się od sceny polowania. Nie lubię takich. Cisza, przeładowanie magazynku, strzał i zwierzyna pada. Ale to dopiero początek. Poznajemy dwie rodziny: Doverów i Birchów. Spotykają się razem z okazji Święta Dziękczynienia. Nic nie zapowiada tragedii, która już za chwilę się zacznie. Wieczór płynie spokojnie. Sunie wręcz. Jest mnóstwo uśmiechu i zabawy. I nagle okazuje się, że dwie najmłodsze uczestniczki „imprezy” gdzieś się zapodziały. Obie rodziny zaczynają poszukiwania małych. Przeczesanie domów, piwnic, całej ulicy nic nie daje. Anna i Joy rozpuszczają się jak cukier w kubku z gorącą herbatą… Sprawą zajmuje się młody detektyw Loki (Jake Gyllenhaal), który jest diabelnie skuteczny, który ma intuicję i potrafi poprowadzić wszystko od A do Z. Pojawia się pierwszy potencjalny porywacz, lekko ograniczony Alex (Paul Dano), a ojciec Anny – Keller (Hugh Jackman) postanawia na własną rękę odnaleźć swoją córkę… Zabawa się zaczyna…
Jeśli ktoś kiedykolwiek będzie chciał nakręcić film o podobnej tematyce, powinien obejrzeć „Labirynt” by zobaczyć, jak ukształtować klimat, który w tej produkcji gra pierwsze skrzypce. Jest ciężko, jest mrocznie, zło ma kilka twarzy i wcale nie są to oczywiste oblicza. Półmrok, rozświetlony lekką łuną światła działa na nasze zmysły sprawiając, że wstrzymujemy oddech. Nie ma w tym filmie zbędnych filtrów, wszystko jest szare, brudne, ciemne. Atmosfera jest niebywale ciężka. Dodajmy do tego fabułę, która powala paradoksami. Ot, Keller Dover. Z jednej strony to oddany mąż i ojciec, który ma silne podstawy moralne, który jest religijny i oddany wierze. A potem okazuje się, że jest brutalem, który namaścił siebie do wydania wyroku ostatecznego. Niezależnie jakimi formami. Hugh Jackman tą rolą zgarnia wszystko. „Labirynt” przez niego staje się takim, a nie innym filmem, a każde słowo, gest, każdy cios, każda scena, w której w sposób niezwykle dramatyczny wciela się w rolę ojca, który za wszelką cenę i za pomocą wszelkich sposobów chce odnaleźć swoje dziecko, pokazuje nam kunszt tego aktora. Jest zły, jest wkurzony, coraz bardziej załamany i złamany oraz zdeterminowany. Modląc się do swojego Boga Ojca, mentalnie prosi o rozgrzeszenie, bowiem wcale nie chce zgodnie z boską wolą oddać się jego wyrokom. Nie. On chce być bogiem. On chce decydować o tym, on chce wydawać werdykt. Zupełnym jego przeciwieństwem jest drugi ojciec – Franklin (Terrence Howard), który jeszcze ma skrupuły. Trzecim bardzo ważnym elementem aktorskim jest det. Loki. Gyllenhaal brawurowo oddał się tej roli i wyszło mu przednio. Jego kreacja ma jaja, jest odważna i wprowadza trochę zamieszania do fabuły. Bo to właśnie Loki odnajduje pierwszego trupa, ukrytego w piwnicy, potem próbuje złapać kogoś, kto zaczął zachowywać się dziwnie, a koniec końców zaczyna śledzić Dovera. Początkowo to wszystko wyglądało jak elementy kilku układanek, które ktoś przypadkiem wrzucił do jednego pudełka. Z każdą kolejną minutą „Labirynt” nabiera coraz głębszego sensu, a skrupulatnie utkana tajemnica, powoli zaczyna się rozplątywać. I ten klimat…
Nie zastanawiajcie się długo. Warto zobaczyć ten film już teraz. To jedna z tych produkcji, o której będziecie żwawo dyskutować ze znajomymi, bo jestem pewna, że każda osoba odkryje w niej coś innego.
ON:
Po wczorajszym seansie „Prisoners”, wyszedłem z kina spełniony. Oczekiwałem dzieła przypominającego „Heavy Rain” i takie otrzymałem. Klimat, jaki udało się osiągnąć Denisowi Villeneuve, jest tak ciężki i przygnębiający, wręcz depresyjny. Całości dopełnia fenomenalna gra aktorska i zdjęcia, czasami przypominające kadry wyjęte prosto z filmów grozy. „Prisoners” możemy rozłożyć na wiele małych elementów, które będą idealnie do siebie pasować i interpretowane oddzielnie nadal nie stracą swojej siły i wartości przekazu.
Scenarzysta Aaron Guzikowski już na początku pokazuje widzowi, jak wygląda otaczający nas świat. Bez upiększania, bez słodkich słówek. Życie i śmierć idą ze sobą w parze. Z jednej strony odmawiamy modlitwy, z drugiej nic nie stoi nam na przeszkodzie, aby zabijać. Pierwsza scena ma nas wprowadzić, a dokładniej zapoznać z głównymi bohaterami tego dramatu. Polowanie, które obserwujemy zza ekranu, jest jednak społecznie akceptowalne, bowiem śmierć sarny uratuje życie rodzinie, która spożyje posiłek przyrządzony z jej mięsa. „Boże pobłogosław te dary…” Słowa te idealnie pasują do dnia, bowiem mamy Święto Dziękczynienia. Po powrocie z z lasu przyjdzie poznać resztę rodziny Doverów. Ojciec Keller to ciężko pracujący, bogobojny mężczyzna, jego żona i dwójka dzieci są dopełnieniem i celem jego życia. Pomimo trudności finansowych, kredytu i przeciwności losu, razem wędrują przez świat. Dzisiejszy dzień mają uczcić wraz z przyjaciółmi, rodziną Birchów, mieszkającą kilka domów dalej. Od początku widać, że to znajomość trwająca lata, przyjaźń, która przetrwa nawet największe burze. Okazuje się, że największa dopiero ich czeka. Po obiedzie dwie najmłodsze dziewczynki wychodzą na spacer, w poszukiwaniu czerwonego gwizdka. Ale nie przyjdzie im wrócić. Kilka godzin później na nogi zostaje postawiona cała lokalna policja, a jedynym śladem jest przejeżdżający przez osiedlę camper. Dzięki sprawnej akcji policja łapie podejrzanego. Zatrzymany mężczyzna okazuje się mentalną i intelektualną amebą i z braku dowodów zostaje zwolniony z aresztu po 48 godzinach. W świetle tych wydarzeń ojciec jednej z dziewczynek postanawia na własną rękę odnaleźć porwane dzieci i bierze sprawiedliwość w swoje ręce.
W tym momencie należy zakończyć opowiadanie fabuły, gdyż zdradzenie nawet małego jej szczegółu, potrafi zepsuć całą zabawę, czyli rozgryzanie zagadki i analizowanie śladów. Film jest długi – trwa prawie dwie i pół godziny, a fabuła rozwija się wręcz w ślimaczym tempie. Mijają kolejne dni, widzimy pracę detektywa prowadzącego śledztwo oraz poczynania ojca. Wraz z upływem czasu, staczamy się w depresję wraz z bohaterami dramatu. Pogoda także nie nastraja pozytywnie, codzienne opady deszczu, a później śniegu, w raz z ciemnymi dniami i odpowiednio prowadzoną kamerą, potęgują uczucie beznadziei i bezsilności. Wybory, przed jakimi zostają postawieni domownicy i znajomi, nie są łatwe, a czasami wybierają po prostu mniejsze zło.
Specjalnie porównuję „Prisoners” do produkcji Davida Cage’a, bowiem mają bardzo podobną budowę. Wprowadzenie, które w „Heavy Rain” jest trochę przydługie, to jedyna różnica pomiędzy tymi dwoma tworami. W obu przypadkach klimat to coś, co powoduje, że siedzimy wciśnięci w fotel, oddychamy płytko i nawet jeśli na ekranie nie dzieje się nic emocjonującego, czekamy na cios, na coś co wyskoczy zza kadru i spowoduje, że podskoczymy, a serce zabije nam szybciej. Film Denisa Villeneuve to dla mnie ogromne zaskoczenie, kawał świetnej roboty, dzieła w starym stylu. Pozycja obowiązkowa.
