Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY RECENZJA

American beauty

ON:

Wyobraźcie sobie wasze życie jako ciąg kolejnych, długich, nudnych, powtarzających się dni, które nie wnoszą nic nowego do waszego szczęścia. Wasza żona to „złośliwa zdzira”, córka was nienawidzi, a wasz szef jest pieprzniętym tyranem. Budzicie się rano i na samą myśl o tym, że musicie iść do pracy, macie skurcze żołądka. Masturbujecie się pod prysznicem, bo lepsza połowa wam nie daje i bez braku zapału pomykacie do nudnej pracy, w której boss płaci firmową kartą kredytową za dziwki, a ciebie chcą wywalić, bo trzeba ciąć koszty. No kur… 80% ludzi powie, że to jest ich życie. Taki jest też żywot Lestera Burnhama, głównego bohatera „American beauty”.

Poziom jego znudzenia i frustracji jest tak wysoki, że to już tylko chwile dzielą go od tego, aby wziąć karabin i mieć swoje pięć minut w TVN. Na całe szczęście Lester wraz ze swoją jędzowatą żoną (swoją drogą smutną i zagubioną kobietą) jadą na mecz koszykówki, na którym ich córka jest cheerliderką. W przerwie pomiędzy kolejnymi kwartami wraz z innymi dziewczynami, daje pokaz tanecznych umiejętności. Podczas tego show pan Burnham zwraca uwagę na jedną z jej nastoletnich koleżanek, Angele Hayes. Od tej chwili jego fantazje zaczynają skupiać się na dziewczynie. W tym samym czasie do domu obok wprowadza się rodzina Fittsów, którą rządzi psychopatyczny, nawiedzony Pułkownik Korpusu Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych, Frank Fitts. Jako głowa rodziny wprowadził do domu rządy terroru i zastraszenia, które nie są miłe dla nikogo. Zastraszona żona i zamknięty w sobie syn muszą zgadzać się na jego warunki. Swoją drogą, jego syn Ricky czuje lekką miętę do Jane, córki państwa Burnham. „American beauty” skupia się na relacjach tych wszystkich osób.

Historia, której narratorem jest Lester, ma słodko-gorzki smak. Od początku wiemy, że główny bohater umrze, tylko nie wiemy w jaki sposób. Do finału jednak prowadzą ponad dwie godziny naprawdę przejmującego filmu, opowiadającego o tym, że nigdy nie jest za późno, aby coś zmienić. Czy to jeśli chodzi o sferę prywatną, czy też zawodową. Reżyser, Sam Mendes, w specyficzny sposób opowiada swoje historie, mogliśmy to zobaczyć w „Jarhead” czy w „Drodze do zatracenia”, ten sposób narracji jest bardzo ceniony przez widzów oraz przez członków „Akademii Filmowej”, o czym mogą poświadczyć kolejne złote statuetki, jakie przypadają jego filmom.

„American beauty” jest filmem wręcz idealnym, nie mam w nim dłużyzn, każda scena coś wnosi do całego obrazu, Kevin Spacey zasłużenie dostał za swoją rolę Oscara. Jest ko klasyka, którą każdy powinien zobaczyć. Polecam.

ONA:

„American Beauty” to film genialny. Bez dwóch zdań, a jak ktoś uważa inaczej, to proszę wyjść, póki jestem grzeczna. To dzieło nie ma słabych momentów. Nawet brzydkawa Thora Birch nie pojawiła się tu przypadkowo. Jest doskonały: od fabuły, przez zdjęcia, dekoracje, bohaterów, po muzykę, przypominającą mi kołysanki, których ani mama, ani babcia mi nie śpiewały. Babcia preferowała piosenki maryjne, przy których darłam pysk jak Bruce Dickinson, a mama popychała mi od małego Queen, ale mimo wszystko – muza z „American Beauty” jest dla mnie kołyskowa.

Film Sama Mendesa ma kilku bardziej lub mniej głównych bohaterów. Cała historia kręci się wokół Lestera – pana w średnim wieku, który ma piękny dom, pracę, żonę i córkę, ale z całego tego zestawu chyba tylko miejsce zamieszkania go (aż tak) nie frustruje. Pracuje w korpo, więc od typowego robotnika różni się, tym, że robotnik kopie rowy, a on je liże. Żonka z wiekiem zmieniła się w zimną karierowiczkę, z dziwnym tapirem. Między małżonkami nie ma zupełnie bliskości, czułości, a narastająca nienawiść buzuje mocniej z każdym kolejnym dniem. Carolyn szczerze gardzi mężem, okazując mu to w mniej lub bardziej wysublimowany sposób. No i jeszcze zostaje nam wytwór gonad Lestera i Carolyn, ich córka – Jane. Dziewczyna jest typową, zakompleksioną nastolatką, z dziwnymi ciuchami, makijażem, z wiecznym i trwałym wyrazem twarzy, który mówi jednoznacznie, że świat jest zły, starzy są beznadziejni, szkoła ssie i w ogóle be. Oj, nastolatki to moja ulubiona grupa społeczna! W tym miejscu pozdrawiam serdecznie moją prywatną Szarańczę, mając jednocześnie nadzieję, że tu nie zaglądają. Jane ma przyjaciółkę, a że przeciwieństwa lubią się przyciągać, Angela jest piękną (podobno, bo ja niestety tej piękności nie widzę), cwaną, rozbudzoną seksualnie dziewczynką, której ponoć wszyscy faceci jedzą z ręki. I kiedy podczas meczu obie nastolatki, w strojach czirliderek szejkowały dupkami, Lester zadurzył się w koleżance córki. Dodam – w mocno nieletniej koleżance córki. Do tej pory jego życie było żałosne – nie bójmy się tego słowa. Teraz nagle wszystko zaczęło mieć sens. Przestał żyć pod kapciem żony, z hukiem zwolnił się z pracy, zaczął ćwiczyć, podpalać trawkę – słowem: druga młodość. I kiedy Angela zaczęła oddalać się od Jane, była zarazem coraz bliżej napalonego tatuśka. Tyle w temacie Lester i jego kobiety…

Pobocznym, ale znaczącym wątkiem, jest historia młodego sąsiada. Od razu możemy go zakwalifikować do szufladki z ludźmi dziwnymi. Nie rozstaje się z kamerą, ciągle coś lub kogoś filmuje. „Tańczącą” na wietrze reklamówkę, Jane i jej smutne oczy, Lestera, który nago ćwiczy przy otwartym oknie. Ricky nie jest przeciętnym i zwykłym nastolatkiem. Dość szybko łapie kontakt z Jane, zostają parą. Jednocześnie zaprzyjaźnia się z tatuśkiem, który u niego kupuje kolejne torebeczki wypełnione trawą. Ale Ricky nie ma bajkowego życia. Jego ojciec jest popierdolony. Tyle. Przedstawia się jako pułkownik Korpusu Piechoty Morskiej Stanów Zjednoczonych (przy okazji chciałam się pochwalić, że już mi wyjaśniono bezsens nazwy „piechota morska” – to przy okazji filmu „Jarhead”). Jest psycholem, jest ksenofobem, jest chodzącą konserwą, wypełnioną swoimi chorymi ideałami. Jego największym skarbem jest element z zastawy, na której jedli naziści w III Rzeszy. Żona mu lekko świruje i zanurza się w otchłani swojej niemocy, a synek hmmm… Synek sprawia same problemy wychowawcze i do tego nie ma cech tatusia zupełnie. Dlatego z byle powodu go tłucze. A. I nienawidzi pedałów. Ponad wszystko. Dlatego, gdy zauważa „przyjacielskie” kontakty pomiędzy nim, a Lesterem, gdy odpala kasetkę, na której nagi sąsiad ćwiczy, dość szybko dochodzi do wniosku, że jego synuś jest, delikatnie mówiąc, lachociągiem.

Finał poznajemy już na początku filmu. Lester umiera. Ale to zupełnie nie przeszkadza, by i tak z wypiekami na twarzy oglądać ten słodko-gorzki film o tym, jak łatwo wpełznąć na mieliznę beznadziejności i zwykłości i zarazem jak trudno wyjść poza schemat, by w końcu zacząć żyć, być osobą szczęśliwą, otaczać się tylko wartościowymi osobami, a nie tylko skorupami, które zatraciły swoje człowieczeństwo.