ONA:
Jeśli miałabym wymienić 3 cechy, za które najbardziej uwielbiam twórczość Dana Browna, to byłyby to: fabuła (miks historii i fikcji), dynamizm i ciągłe zwroty akcji oraz krótkie rozdziały, które dają poczucie „świeżości” i nie zapominamy o czym autor pisał na początku… Te trzy elementy sprawiają, że ja po książki tego autora chwytam z nieukrywaną radością i zadowoleniem. Na ostatnią jego powieść musiałam czekać 4 lata. Przez ten czas moje życie bardzo się zmieniło, właściwie – ono wywróciło się do góry nogami. Ale sympatia do pióra Browna dalej oscyluje na tym samym poziomie. Po „Inferno” sięgałam pewna, że pożrę ją w takim samym tempie, jak inne powieści… …a okazało się, że było nieco inaczej.
Czytałam tę książkę tydzień, jak i nie lepiej. Właściwie, chyba nawet ponad tydzień. Okej, niezaprzeczalnym faktem jest to, że trafiła na bardzo pracowity okres, kiedy doba jest za krótka, a pracy jest za dużo i kiedy już jakimś cudem lądowałam w łóżku z kolejnym tomem przygód Roberta Langdona, książka po chwili leżała na mojej twarzy, a ja rytmicznie pochrapywałam, wprawiając strony w ruch i śliniąc je nieco (to już ten wiek). Sama się dziwię, że tak topornie mi to szło. Ale kiedy był lekki przestój, a moja wewnętrzna pracoholiczka padała na pysk, kiedy rozkładałam się w łóżku pod wpływem amfetaminy, by nie zasnąć, zatracałam się po raz kolejny w słowach Browna, bo „Inferno” stoi na praktycznie tym samym poziomie, jak poprzednie trzy części. Jest dobrze, jest historycznie, jest akcja i sensacja.
Mój ulubiony profesorek budzi się w szpitalu. Nie wie co się działo, za cholerę nie umie poskładać do kupy faktów z ostatnich godzin jego życia. Nic nie łączy się w całość. i wtedy w jego zachwianym życiu pojawia się kobieta – Sienna Brooks, z którą próbuje wyjaśnić całe zamieszanie. Bardzo szybko ktoś zaczyna do niego strzelać i zanim na dobre pozbędzie się szpitalnych wenflonów, już musi uciekać. O co do cholery chodzi?! W co on się znowu wpakował?! I co z tym wszystkim ma wspólnego Dante, twórca jednego z najważniejszych poematów w historii ludzkości? Ano jak się okazuje, światowy spokój może wkrótce zostać nieźle zaburzony. Jest ktoś, kto ma ambicję „uzdrowić” naszą planetę z przeludnienia. Jak to chce zrobić? Przede wszystkim masowo, ale i subtelnie. Chce to zrobić za pomocą wirusa… I oczywiście Langdon, uzbrojony w swoją inteligencję, jak i przebiegłą blondynę, musi/chce przeciwstawić się tym planom. Tylko jak to zrobić, mając tak ogromne luki w pamięci?
Dante ma teraz wzięcie. Niedawno czytałam „Sekretną Księgę Dantego”, teraz „Inferno” i obie te powieści rzucają bardzo podobne światło na tego ważnego twórcę. Z pewnością była to postać genialna, która od wieków inspiruje innych i jak się okazuje, można z niego zrobić „dodatkowego” bohatera nawet współczesnych powieści. Brown swoje ostatnie dziecko mocno osadził w stylistyce twórcy „Boskiej komedii”, która towarzyszy nam przez całą podróż, od pierwszych, po ostatnie strony. Ale z wszystkich części my skupiamy się najbardziej na Piekle. Bez dwóch zdań – jest ono najbardziej fascynujące, a mi dodatkowo uświadomiło, że „wieczność” czeka mnie w ciepłych klimatach. Poza licznymi odwoływaniami do tego poematu, mamy ciągłe spacery ze sztuką jako towarzyszką. Kurcze, uwielbiam to u Browna. Nie uważam się za jakąś wybitną humanistkę, bo to, że nie umiem liczyć, a z fizyki znam tylko prawo „Ciało rzucone na łoże traci na oporze”, nie robi ze mnie jeszcze osoby wrażliwej na „twórczość” ludzką, ale z drugiej strony – jaram się znajomością obrazów, miejsc itp. A to, czego nie znam, w chwilę jestem w stanie nadrobić googlem. Dobrze mi się te historie czyta. One idealnie wpasowują się w mój gust i moje potrzeby i oczekiwania. Brown mistrzowsko żongluje tempem, a ciągłe zmiany i lekkie zawirowania sprawiają, że nic nie jest oczywiste, a ja, jako czytelnik, muszę być non stop czujna. Absolutnie nie zgodzę się z twierdzeniem, że jego styl jest błahy i notorycznie powtarzany. Dokładnie ten sam zarzut można postawić Kingowi albo Flemingowi. Na tym to przecież polega, by znaleźć dla siebie lukę i wykorzystywać ją. Jedni będą kpić, inni – ze mną na czele, będą sikać z wrażenia przed każdą premierą. Ja już czekam na piąty tom przygód Langdona i ciągle zastanawiam się jaką tajemnicę tym razem rozwiąże. Może on da radę rozwiązać zagadkę z kwietnia 2010? Nie, nie, nie – żadnej polityki!
