ON:

Gdzieś kiedyś była wojna. Wojna ludzi z maszynami, a może maszyn z ludźmi. Starczy powiedzieć, że było to tak dawno, że już niewielu pamięta stary, dobry świat. Opustoszałe szczątki miast przemierzają dziwaczne mechy i inne stworzenia. W takim właśnie świecie idzie żyć młodemu mężczyźnie o ksywie Monkey. Dobrze zbudowany i wysportowany, wyposażony w dziwaczną pałkę może pozwolić sobie na spotkania z niebezpieczną technologią. Początki naszej przygody nie zwiastują tego, co przyjdzie nam przeżyć przez następne godziny. Wszystko za sprawą kobiety, a dokładnie młodej dziewczyno o imieniu Trip. Tak zaczyna się „Enslaved: Odyssey to the West”.

To mająca już grubo ponad 4 lata produkcja, która wyszła spod rąk pracowników studia Ninja Theory, wydaje mi się jedną z bardziej niedocenionych przez graczy gier. Szkoda, bo to jedna z lepszych opowieści, jakie znalazły się na konsolach.

Monkey szybko pokazuje, jak groźnym jest przeciwnikiem. Szybkość, spryt i kondycja robią z niego maszynę do zabijania, ale niestety, trafia on na młodą dziewczynę, która podstępem zakłada mu na głowę dziwną obrożę. Od tego momentu jest on trochę ubezwłasnowolniony. Trip chce dotrzeć w jedno miejsce, a podróż jaką musi odbyć, nie należy do łatwych. Całe szczęście dla niej, a nieszczęścia dla  niego, udało się jej zniewolić „małpę”. Każde nieposłuszeństwo lub próba ucieczki kończy się dla niego bolesnymi wstrząsami, a nawet śmiercią. Tak postawiona sprawa wymusza na nim, a co za tym idzie – na graczu, posłuszeństwo. Rozpoczyna się Odyssey to the West.

Trip dość szybko zaprowadzi Monkey’a do swojego bardzo dobrego przyjaciela Pigsey’a I tak zaczyna się intrygująca przygoda, w której centrum jest właśnie ta trójka. Pig to mechanik, jeden z ostatnich, który został wśród zalanych zielenią miast. Kocha on Trip jak własną córkę i nie da jej nikomu skrzywdzić. Co za tym idzie – jego zachowanie pozostawia wiele do życzenia. Traktuje on „małpę” jak zło konieczne. Ale im dalej grupa podróżuje razem, tym większe więzi ich łączą. Wzajemna nieufność i agresja zmieniają się w przyjaźń, a nawet i miłość.

Gra jest czymś w rodzaju „Księcia Persjii”, czyli dużo tutaj skakania, kombinowania i walki z przeciwnikami. Oczywiście dodatkowo pojawią się elementy logiczne, które mile urozmaicają grę. Graficy z Ninja Theory postarali się i to bardzo. Produkcja pomimo tego, że pełna kolorów, jest brudna, a czasami nawet bardzo mroczna. Czuć pustkę, brak żywych stworzeń, widać pozostałości po wojnie. Na budynkach znajdują się stare, pozdzierane częściowo plakaty, które każą nam pamiętać o tragedii, jaka miała kiedyś miejsce.

Każdy z elementów gry potrafi zaskoczyć. Fajne są walki z przeciwnikami, jak i bosami, na których trzeba znaleźć sposób. Udźwiękowienie także stoi na wysokim poziomie, a ścieżki dźwiękowej można słuchać jako muzyki tła np. do pracy.

Dlaczego uważam, że tytuł został niedoceniony przez graczy? Bowiem jego premiera nie była napędzana ogromną ilością reklam. Pomimo dobrego przyjęcia w prasie, nadal znam osoby, które nie widziały „Enslaved” na oczy, a to grzech. Przy dzisiejszych cenach za ten tytuł, nie ma się co zastanawiać, tylko lecieć do sklepu. Warto.