ON:

Uwielbiam czytać książki. Upodobałem sobie fantastykę i science-fiction, ale nie są mi obce dzieła klasyków. Najczęściej sięgam po dzieła Asimova, Gibsona, Simmonsa, to panowie, którzy wytyczyli mój kierunek zainteresowań beletrystycznych. W masie książek, jakie znajdują się na naszych półkach, duża ich część to moje ulubione „klasyki”. Mamy tu “Kroniki marsjańskie”, “Grafa zero”, „Fundację” czy “Diamentowy wiek”. Nie ukrywam, że pomiędzy tymi tomami wciśnięte są książki z gatunku political-fiction. Jeśli ktoś nie wie, co to takiego, to odsyłam do dzieła, które miał okazję czytać każdy – mowa o „Roku 1984”. Tak jest to ści-fi w najczystszej postaci.

Dziś jakoś tak wyszło, że Paulina napisała do mnie z pracy czy nie napisałbym czegoś sam na bloga, gdyż ona pada po całym dniu. Zastanawiałem się za co się zabrać i na tapetę poszedł „Fahrenheit 451” – genialna i przejmująca książka, której autorem jest znany autor „Kronik Marsjańskich”, Ray Bradbury. To powieść będąca encyklopedycznym przykładem „dystopii”. Utwory tego gatunku przedstawiają przeważnie bardzo czarną wizje przyszłości (czasem bardzo bliskiej) i często wynika ona z obserwacji obecnej sytuacji społecznej. W dystopii mamy pesymistyczną ocenę świata, która neguje możliwość odmiany w przyszłości zastanego stanu rzeczy. To praktycznie wszystko, co mogę dodać na wstępie. Warto jednak zwrócić jeszcze uwagę na tytuł książki. Dlaczego 451 stopni Fahrenheita? Ponieważ to temperatura, w jakiej zaczyna się palić książkowy papier. Co to ma wspólnego z zawartością dzieła? Zaraz wyjaśnię.

Podczas deszczowego wieczoru z pracy wraca Guy Montag, przez większość drogi towarzyszy mu 17-letnia dziewczyna. Jej zachowanie jest trochę infantylne i irytujące, ale Guyowi ono nie przeszkadza, nawet czasem reaguje śmiechem na jej stwierdzenia i krótkie monologi. Dziewczę to zowie się Clarisse McClellan i mieszka dom obok Montaga. Na odchodne młoda sąsiadka zadaje mu pytanie, na które nie potrafi odpowiedzieć i ucieka do bezpiecznych ścian swojego domu. Co to było za pytanie? Jedno z najtrudniejszych jakie możemy usłyszeć. „Czy jesteś szczęśliwy?”.

Po wejściu do domu bohater nie zauważa nic specyficznego. Jego żona leży na łóżku, oddając się wieczornej drzemce, dopiero opróżniona fiolka po lekach, leżąca na podłodze sprawia, że w jego głowie zapala się czerwone światło. Szybki „telefon” pozwala na uratowanie jego ukochanej. W czasie gdy dwóch bezdusznych techników medycznych robi jej płukanie żołądka oraz przepompowuje krew, Guy siedzi na zewnątrz i obserwuje okolicę. Zdaje sobie sprawę z tego, że tylko w domostwie Clarissy świeci się światło, a ona i jej rodzice zajęci są wspólną rozmową, reszta dzielnicy pogrążona jest w mroku.

Następnego ranka, podczas śniadania żona Montaga – Mildred zachowuje się jak gdyby nic się nie stało, a bolący żołądek zwala na zbyt dużą ilość wypitego alkoholu. Mężczyzna wielokrotnie stara się powiedzieć swojej ukochanej jaka była prawda, ale ona jest już zajęta oglądaniem swojej interaktywnej opery mydlanej. Widząc brak jakiegokolwiek sensu przekonywania kobiety do swojej racji, Montag wychodzi do pracy. Kim jest Guy? Strażakiem. Człowiekiem otoczonym ogromnym szacunkiem w naszej społeczności, w społeczności którą stworzył Bradbury także. Tyle, że jest mała różnica. Znani nam strażacy gaszą pożary, a on je wznieca. “O co chodzi do cholery?” – możecie zapytać. Już tłumaczę. Wraz z rozwojem społeczeństwa, jego technologicznym postępem zrezygnowano z książek. Rząd stwierdził, że są to dzieła przynoszące więcej szkody, niż pożytku. Dlatego zdecydowano, że dopuszczonymi do czytania „papierowymi” wydawnictwami” będą komiksy bez dymków, gazety pornograficzne, ulotki reklamowe i inne potrzebne w codziennym życiu materiały drukowane. Wszelkie książki zostały spalone, a osoby które posiadają klasyczne dzieła, są aresztowanie, zaś ich zbiory palone. Właśnie takim „strażakiem” jest Guy. Społeczeństwo w którym przyszło mu żyć jest coraz to bardziej wyalienowanym tworem, który staje się idealną „ludzką stonogą”, której potrzeba tylko „chleba i igrzysk”. Nie są to wielkie oczekiwania.

Podczas tego dnia jednostka straży, w której pracuje Montag, jedzie do starego domu, gdzie podobno samotna kobieta przechowuje setki książek. Starsza Pani cytując Litimera “Play the man, master Ridley; we shall this day light such a candle, by god’s grace, in England, as I trust shall never be put out” ginie na papierowym stosie, zapalonym jej własną dłonią. Zanim jednak dochodzi do tego “incydentu”, Guy zdążył przeczytać dosłownie linijkę tekstu z otwartej leżącej na ziemi książce. Jedno zdanie „Czas usnął w popołudniowym słońcu…” doprowadziło do tego, ze jego ręka samoistnie wsunęła książkę do kieszeni.

Kolejne dni stały się dla strażaka dziwną mieszanką uczuć, o których dawno zapomniał. Zapłakał nad tym, że tak naprawdę śmierć jego żony nie dorowadziłaby do smutku, posiadanie książki wzbudziło ogromne złoża adrenaliny, która do tej pory nie pojawiała się nawet w jego pracy. Do czego doprowadzi jego wybryk Montaga? Warto sprawdzić samemu.

Bradbury jest świetnym pisarzem, a mimo że zalicza się do starego pokolenia, to jego książki poruszają problemy ponadczasowe i pasujące do praktycznie każdej epoki. Pierwsze wydanie „Fahrenheit 451” pojawiło się na rynku w 1953 roku i po 60 latach od premiery nadal mamy do czynienia z tytułem, który nie umiera. Dla mnie pozycja obowiązkowa dla każdego wielbiciela sci-fi, political-fiction i Reya.

PS. Jako ciekawostkę dodam, że pojawił się także autoryzowany przez Bradburego komiks, który także jest wart polecenia.

451 marudzenie