ON:
Jak dorosnę to chce być jak Jason Statham. Serio!!! Filmy z tym „Brytolem” są tak odmóżdżająca i miłą rozrywką, że nawet brak scenariusza, który trzyma się kupy nie przeszkadza w ich odbiorze. Kino w jakim się pojawia przepełnione są akcją, pościgami, wybuchami i pięknymi kobietami. To obrazy z serii „zabili go i uciekł” lub „jednoosobowej armii”. Może nie ma tu tyle trupa, co w „Rambo” ale to nadal sam vs. wszyscy, gdzie wszyscy dostają kulturalny wpier…
Pierwszego „Transportera” widziałem dobre kilka lat temu, podczas kinowej premiery, a później nie wahałem się iść na kolejne produkcje, opowiadające o przygodach eleganckiego, pełnego zasad i dobrze wyszkolonego kuriera. Frank Martin, jest typem samotnika, mieszka sobie w pięknym, nadmorskim domu, jeździ eleganckim i „wypasionym” autem, ma ciało Adonisa i nie jedna kobieta dałaby sobie nogę w udzie upierdolić, aby się z nim przespać. Ale jakoś igraszki cielesne nie są jego priorytetem. Martin specjalizuje się w prowadzeniu samochodów. Pracuje dla wszystkich, który odpowiednio płacą i zgadzają się na jego warunki. Dzięki temu żyje mu się całkiem nieźle, można powiedzieć, że królewsko.
Jego kolejnym zleceniem jest przewiezienie torby z punktu A do punktu B, oczywiście bez zbędnych pytań i kłopotów. Ale jak wiedzą wielbiciele „Star Warsów” mówią: „Sith happens”. Tym „czymś”, co się przytrafiło, była piękna Azjatka o imieniu Lai, która jakimś cudem znalazła się w torbie przewożonej przez Franka. Wiadomo piękna kobieta plus bandziory musi się równać niezła rozpieducha. Kurier wykazując odrobinę serca, podpada zleceniodawcy, który postanawia dać mu lekcję i pozbawić go życia. Niestety, bomba, jaką zainstalowano w jego aucie wybuchła kilkanaście sekund za wcześnie i „transporter” wyszedł z całego „BUM!” jedynie z urażoną dumą. A wiadomo – wkurzony Statham jest równoznaczny z kłopotami jakie będą mieli “ci źli”. Od tej chwili ma na karku przemytników ludzkiego towaru, a do tyłka przyczepiła mu się „kitanka”. Do końca filmu jeszcze kilka pościgów, mordobić, wybuchów, wystrzałów i wiele, wiele innych rozrywek.
Dwie kolejne części, powielają schemat pierwszego „Transportera” komuś coś nie pasi, Frank bierze sprawy w swoje ręce, po czym kopie wszystkim dupy, a po drodze: kilka pościgów, mordobić, wybuchów, wystrzałów i wiele, wiele innych rozrywek.
Za scenariusz, jak i produkcję wszystkich trzech części, odpowiada Luc Besson, który zaczął robić „swoje kino akcji”. Jest ono po prostu rozrywkowe. Kij, że w scenariuszu są bzdury, a niektóre sceny są wręcz nierealne, ważne jest że cały czas się coś dzieje. Adrenalina wycieka z ekranu i czujemy ją każdym porem (dobrze, że nie selerem) skóry. Miła odskocznia od ciężkich sensacyjnych thrillerów.
ONA:
Filmy z Jasonem Stathamem dzielą się na te, które warto obejrzeć i na te, które trzeba obejrzeć. Tak, kocham tego pana totalnie, uwielbiam wszystkie jego kreacje, mimo, że stał się niewolnikiem pewnej grupy filmów, gdzie zwykle jest zadziorny i niebywale uroczy.
Trylogia „Transporter” ratowała nam życie psychiczne podczas męczarni, które zafundowaliśmy sobie, czyli gdy cały tydzień spędzimy z rodzimą kinematografią. Po każdym smutnym seansie odpalaliśmy to, co plastikowe Marudy lubią najbardziej – akcja+sensacja! Życie znowu stawało się piękniejsze. Ja siadałam na rower i z prędkością rakiety mknęłam, wpatrując się w telewizor. Jedno jest pewne – ja nie powinnam oglądać takich filmów, bo potem wydaje mi się, że moje auto (Corsa z 1998 roku z silnikiem 1.0) jest nowiutką audicą A8, która warczy silnikiem sześciokrotnie większym, niż w mojej kosiarce, którą można pruć drogi, aż się asfalt pod kołami zwija. I co gorsze, mam wizje, że ja też tak umiem jeździć i kiedy wypadam z zakrętu, mam jednocześnie zawał, wylew i pękają mi wszystkie tętniaki, które ponoć i tak 90% społeczności ma.
Frank Martin (kolejny argument za tym, by naszego potencjalnego psa nazwać tym imieniem) jest transporterem. Zawodowo zajmuje się przewożeniem rzeczy z punktu A do punktu B. Ma żelazne zasady, którymi się kieruje, choćby nie wiem co. Reguły są proste. Albo je akceptujesz i on wykonuje swoje zadanie, albo wal się na ryj. Zatem, do we have a deal? Jak ktoś jest w czymś dobry, to trzeba tą umiejętność wykorzystywać. A jak jeszcze da się na tym zarobić – dodam: bardzo dobrze zarobić, to ja już więcej pytań nie mam…
I Frank, którego referencje są wybitnie dobre, dostaje kolejne zlecenie. I tym razem jego instynkt samozachowawczy i zasady, które zresztą sam ustalił, siedzą przykryte grubą warstwą ciekawości. Frank łamie reguły, otwiera przesyłkę i wpada w tarapaty.
W każdej z trzech części scenariusz jest podobny. Frank, który niby jest takim zimnym zakapiorem, pod warstwą mięśni i włosów, ma mięciutkie serduszko, które przypomina rozgrzaną na patyku, w ognisku, piankę Marshmallow. Okazuje się, że ma skrupuły. Każda część ma inne detale, ale pomysł jest praktycznie ten sam. Martin ratuje kogoś z czyiś rąk i robi to bardzo spektakularnie. Sceny pościgów sprawiają, że majtki same spadają, dodajmy do tego wielokrotnie powtarzane momenty, w których Jason pozbywa się koszuli – to ukłon dla kobiet, które ze swoimi facetami oglądają tego typu filmy. Mamy bardzo ładne sceny walki, z kapitalną choreografią, nieco z przymrużeniem oka. Bardzo podobały mi się relacje głównego bohatera, z bohaterami pobocznymi, szczególnie z inspektorem Tarconi. Ogromnym plusem produkcji jest również to, że dzieje się ona w Europie. Cała trójka to proste, ale dynamiczne kino akcji, które i bawi, i zaskakuje, które w 100% wpisuje się w mój tandetny gust.
Ja polecam, bardzo. Najlepiej jednym haustem, część po części.
