Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY KSIĄŻKI

Rambo

ON:

Sylvester Stallone ma dwie role, które chyba każdy zna. Jedna to Rocky Balboa, a druga to John Rambo. Obie serie doczekały się wielu kontynuacji. Rocky dostawał po ryju chyba z sześć razy, a Rambo cztery razy kosił złych wojaków z różnych stron świata. I właśnie o wojskowym, nie potrafiącym znaleźć sobie miejsca po powrocie z Wietnamu, będzie dzisiejszy wpis.

Nie mówię o pierwszej, kultowej części pt. „Rambo: Pierwsza Krew”, ale o zrealizowanym w 2008 roku przez samego Sylwka czwartym filmie z serii. „Rambo”, bo tak zowie się ostatnia produkcja, niczym nie odbiega od tego, co widzieliśmy wcześniej, a jednocześnie bardzo się różni od poprzednich części. Pamiętacie tego młodego chłopaka, który dręczony przez lokalnego szeryfa zmuszony był walczyć o własne życie? Ja też. Tego kolesia już nie ma. Późniejsze akcje w Wietnamie i Afganistanie odbiły się bardzo na jego osobowości. Zerwanie z zabijaniem dla takich jak on może być trudne, ale czasami się udaje. John znalazł swoją oazę spokoju gdzieś na pograniczu Birmy. Oczywiście, nie zapuszcza się w dzikie rejony rządzone przez samozwańczych wojskowych dyktatorów, ale wiedzie spokojne życie łowcy i przewodnika. Czasem zajmuje się łapaniem węży, to znów przewozi swoją łodzią rybaków i handlarzy. Stara zapomnieć się o koszmarze wojny. I wiecie co? Udaje mu się. Po żołnierzu widać zmęczenie i znudzenie życiem, lecz to, co teraz robi, daje mu pewien spokój ducha. Pewnie tak by było jeszcze przez długi czas, gdyby nie amerykańscy misjonarze, którzy chcą wynająć jego osobę jako przewodnika. Celem podróży ma być nękana wewnętrznymi wojnami Birma. Kilku kolesi i jedna kobieta chcą przewieźć potrzebującym leki i żywność. Pomysł od początku poroniony. Na nic zdały się  przestrogi, na nic niechęć starego żołnierza – grupa upiera się i tyle. Ponieważ kasa się przyda, John w końcu zgadza się na tę niebezpieczną wyprawę. Wszystko idzie całkiem dobrze do czasu, gdy nie dochodzi do ataku na wioskę odwiedzaną przez przybyszy. Ludzie majora Pa Tee Tinta, lokalnego psychopatycznego dowódcy, sieką wszystkich jak popadnie. Młodzi chłopcy wcielani są siłą do jego armii, kobiety się gwałci, a później zabija. Tak wygląda normalny dzień w Birmie. Biali nie są mile widziani w tych stronach, a trójce, której udało się przeżyć atak, nie wróżymy lekkiej śmierci.

O całym zajściu dowiadują się odpowiednie osoby i postanawiają wynająć najemników, mających odbić misjonarzy. Mamy standardową bandę zakapiorów, krórzy za kasę pójdą w największe piekło. Każdy specjalizuje się w innej broni, walczy inaczej, poza tym są dobrzy w tym co robią i to ma dać im przewagę nad ludźmi majora. Tyle, że nikt nie zdaje sobie sprawy z tego, że tej hołoty jest kilka setek, ale to wyjdzie w praniu. Oczywiście „komandosów” znów musi przewieźć John. Od tego momentu zaczyna się całkiem zabawna jatka. Dawno nie widziałem tak brutalnego kina. Flaki, członki, głowy latają w każdym kierunku. Pomimo tego film ogląda się całkiem dobrze. Do tej rzeźni nie dokłada się żadnej głębszej historii. Może i dobrze, bo „Rambo” zawsze był opowieścią typu “sam przeciw wszystkim” i po cholerę to zmieniać. Paulina w pewnym momencie stwierdziła „Co za gówno”. Trochę się nie dziwię, to raczej kino dla facetów.

“Stalowy” zrobił w latach 2006-2008 dwa wielkie powroty i oba moim zdaniem bardzo udane. I „Rocky Balboa” i „Rambo” w swojej klasie to całkiem dobre filmy. Nic wydumanego, ale miło po latach znów zobaczyć na ekranie bohaterów z młodości, w nowej, odświeżonej wersji. Dla mnie to dobre kino.

ONA:

Od razu się przyznam i proszę mnie nie zabijać kursorem – nie widziałam ani jednej części z przygód „Rambo”. Nie widziałam aż do niedawna, kiedy to przez przypadek zgodziłam się, by ubarwić wieczór czwartą częścią przygód. I o ile początkowo zdychałam z nudów, potem, w miarę padania kolejnych trupów – zaczęło mi się podobać. Mam jednak jakieś tam ALE…

Nie mam zamiaru jakoś wybitnie rozpisywać się na temat samej fabuły, bo w tego typu filmach nie chodzi o historię, tylko o rozpierduchę. Po wydarzeniach z pierwszej, drugiej i trzeciej części, mocno posunięty przez czas John Rambo wiedzie spokojne życie w Bangkoku. Porzucił on swoje powołanie żołnierskie i oddał się polowaniu na węże. Jego względny spokój zakłóca grupa chrześcijańskich misjonarzy, prosząc o pomoc w przetransportowaniu ich do Birmy. Rambo, początkowo totalnie niechętny, próbuje im to wyperswadować, ale oni są nieugięci. I co? Oczywiście, prawie od razu gdy ich stopy spoczęły na birmińskiej ziemi, wpadli w łapy junty wojskowej, którą dowodzi pieprznięty major. Oczywiście, dzielny i honorowy Rambo postanawia zrobić co tylko w jego mocy, by odbić zakładników, póki jeszcze są w jednym kawałku. I tu powoli dochodzimy do momentu, w którym jak zahipnotyzowana wpatrywałam się w telewizor, piszcząc co jakiś czas z zachwytu. Tak, wygląda na to, że mam sadystyczne zapędy, a finałowa scena, w której Amerykanin ROZPIERDALA w mak całą armię mnie totalnie podjarała. Oczywiście, była ona również mega śmiesznym i nieco pokracznym momentem, ale jedno jest pewne – twórcy nie żałowali funduszy na sztuczną krew i sylikonowe bebchy.

Także jestem świeżo po moim „pierwszym razie” z panem Johnem. Jeszcze nie wiem, czy było mi dobrze. To dosyć specyficzne kino dla fanów – tak myślę. Poza tym, gdy słyszę „Rambo” to praktycznie w ogóle nie myślę o bohaterze z książek i filmów, ale mam przed oczami jakieś małe, czarne kundelki zaczepno-obronne, tudzież płochliwego wiejskiego Casanovę, ważącego góra 50kg (na Teutatesa, mam nadzieję, że tego nie przeczyta!). Jeśli zaś chodzi o pana Sylwka S. to rozumiem, że rówieśnicy Dawida mają do niego sentyment, bo albo na podwórku bawili się w Rocky’ego, albo właśnie Rambo. Do mnie niestety to za bardzo nie przemawia. Jeśli już miałabym wybierać samotnego bohatera, który jest wkurwiony i zarazem niebezpieczny, który rusza przeciwko wszystkim, to zdecydowanie (i głównym argumentem dlaczego powinny być walory estetyczne) wybieram Johna McClane.

Podsumowując: „Rambo Cztery”, czyli po prostu „John Rambo” jako odmóżdżacz – owszem. Dla fanów tej postaci – owszem. Dla fanów gatunku – owszem. Sylvester Stallone do zabiegu podciągnięcia powiek – owszem.

PS. John Rambo urodził się w miejscowości Bowie, w Arizonie!