ONA:

Komedia przez duże K. Zresztą, jestem wielką fanką produkcji z Adamem Sandlerem, bo umówmy się, filmy z nim to salwy śmiechu. Pan Karolak i pan Szyc powinni się uczyć od niego.

 Pierwsze ujęcia. Panna młoda i druhny, rozmawiające na kilka chwil przed ślubem. A pod drzwiami potencjalny pan młody, z nosem wielkości ziemniaka. Właśnie się dowiedział, że jego przyszła żona nie dość, że dorabia mu rogi, to jeszcze nie ma zamiaru przestać po założeniu obrączki. Oczywiście, do ślubu nie dochodzi. Pan młody idzie ze swoim nosem i z obrączką do baru, gdzie zauważa pewną prawidłowość. Laski lecą na obrączki. I tak sobie folgował przez kilka dobrych lat. Po drodze dorobił się karierki (jest chirurgiem plastycznym) i Jennifer Aniston jako asystentki. Na jakieś imprezie poznaje młodą laskę, Palmer, z którą spędza upojną noc na plaży i do której zaczyna coś czuć od pierwszego włożenia. Ups, przepraszam. Wejrzenia. Niestety, Palmer znajduje obrączkę. I jak tu teraz wyjaśnić o co chodzi? Przecież nie może powiedzieć dziewczynie „Hej bejbe, rwię lachony na kawałek metalu”, więc popycha kłamstwo dalej. Mówi jej, że ma żonę, ale okropną, która nie dość, że jest uzależniona od wszystkiego, to jeszcze go zdradza, więc się rozwodzą. Ściema idealna. Ale lachonik chce poznać byłą żonę. Tylko skąd wytrzasnąć ją? Wybór pada na Aniston. Najpierw za pomocą karty kredytowej i artystów typu Gucci, Vuitton, robią z niej „żonę dobrego chirurga plastycznego”. Oczywiście panie się spotykają i wszystko idzie rewelacyjnie, ale nagle żona na niby wystrzeliła z tekstem o dzieciach (ona ma dwójkę). Palmer chce je poznać.

Koniec końców Dr Maccabee (czyli nasz cwaniaczek-kombinator), Palmer, żona na niby, 2 dzieci i koleś udający kochanka żony na niby, lecą na Hawaje. Tam pojawia się kolejne problemy. Okazuje się, że udające dzieci strasznie cierpią z powodu rozstania swoich (prawdziwych) rodziców, Aniston spotyka swoją studencką nemezis, kłamstwa zataczają kolejne, coraz szersze kręgi, a na końcu okazuje się, że on kocha to, co sobie wykombinował.

Fabuła może i zamotana, ale gagi, żarty, poziom abstraktu w tych ściemach i całkiem romantyczny koniec sprawiają, że to jedna z lepszych komedii, którą widziałam w ostatnim czasie.

ON:

Rachel z Przyjaciół ma dwójkę dzieciaków i pracuje u smutnookiego chirurga plastycznego. Dr Maccabee, bo o nim mowa, ma niezły patent na podryw – obrączka + gadka o złej żonie. Przeważnie taki zestaw – złoty krążek i dobra gadka doprowadzały do tego, iż każda z napotkanych pań lądowała z nim w łóżku. Wszystko było pięknie do czasu, aż spotkał głupiutką jak taczki blond nastolatkę kochającą ‘N Sync. Dla doktora była to miłość, wielka ogromna i prawdziwa… do czasu gdy dziewczyna ze snów znalazła w jego spodniach obrączkę.  Od tego czasu zaczyna się seria szalonych sytuacji, które mają ją przekonać, iż tak naprawdę małżeństwo doktora ma się ku końcowi, jego żona (którą ma udawać asystentka) jest wredną bijacz, a całe ich wspólne życie to seria bezsensownych sytuacji.

Powiem szczerze, że bardzo źle oceniłem ten film. Za pierwszym razem nie skupiłem się na nim odpowiednio, za kolejnym Paula oglądała go obok mnie na lapku a ja grałem na konsoli. I co? I przez połowę filmu miałem włączoną pauzę bo śmiałem się do łez słysząc kolejny gag. Mimo, że koniec jest przewidywalny to i tak będziecie się dobrze przy filmie bawić. Polecam.

PS. Z ciekawostek tylko tutaj Dave Matthews podnosi kokosa tyłkiem.