ONA:

Poza dobrymi filmami biograficznymi i historycznymi z czasów Henryka VIII i Elżbiety I, poza komediami romantycznymi z sensem i humorem, poza dobrą sensacją i okazjonalnie z arcyciekawymi sci-fi, uwielbiam filmy miażdżące mózg. „The Sixth Sense”, „Fracture” albo „Fight Club” – to moi ulubieńcy w tej kategorii. A od wczoraj mam nową perełkę – „The Game” z 1997 roku, z Michaelem Douglasem w roli głównej.

I tak – absolutnie nie czytamy żadnych spoilerów. Nich wystarczy Wam kilka pozytywnych opinii o tym filmie, ale bez zbędnego tropienia o co chodzi w całej historii. W innym wypadku – straci cały urok.

Pan Fincher, który zaserwował nam niedawno „The Social Network”, „The Girl with the Dragon Tattoo”, a jeszcze dawniej „Panic room”, „Fight Club”, czy „Se7en” – stworzył coś równie dobrego. Nie sposób odmówić mu talentu i szczęścia do takich zakręconych i intensywnych historii. I taką też podaje nam w „Grze”.

Nicholas Van Orton ma to, o czym marzy większość populacji na świecie. Jest NIEMOŻLIWIE bogaty. Ma świetnie prosperującą firmę, osiąga sukcesy zawodowe, ma ogromną posiadłość, nowoczesne gadżety – słowem: zazdrościmy mu już na wstępie. Ale (bo przecież musi być jakieś „ale”) na tym się kończy jego „udane” życie. Jest rozwodnikiem, jest (delikatnie mówiąc) ciężki w obyciu, ma słaby kontakt z młodszym bratem, a o przyjacielach możemy zapomnieć. Do tego nieubłaganie zbliżają się jego 48 urodziny, które kojarzą mu się wyłącznie źle. Dlaczego? Niestety, jego tato popełnił samobójstwo, osiągając właśnie ten wiek. Nasz bohater czuje, że coś zaczyna mu uciekać. I wtem nagle pojawia się jego braciszek, który ma przeszłość dość skomplikowaną. Spotykają się w gustownej restauracji i nasz bohater otrzymuje w ramach prezentu zaproszenie do Gry. Gra ma odmienić jego życie, bo przecież bycie bogaczem jest nudne i rutynowe. Nick waha się, ale w końcu ciekawość bierze górę. Decyduje się wziąć w Grze udział, chociaż tak na prawdę – nie wie w co wchodzi. I nagle zaczyna się wciągająca historia, która wywraca jego życie do góry nogami. A my, widzowie, mamy do czynienia z zachwycającym suspensem, który wzbudza w nas napięcie, zaskakuje i budzi dramaturgię. To film, po którym przez chwilę nie wiemy jak się nazywamy.

Ale właściwie dlaczego jest taki wybitny? Ok, ma może i kilka naiwnych momentów, ale jest dynamika, jest zaskoczenie. Nasz bohater sam zaczyna zauważać, że Gra już się toczy, ale przeraża go prędkość i siła jej rażenia. Już sam nie wie komu ufać, a komu nie. Boi się, ba – jest przerażony. Stoi nad nim widmo utraty wszystkiego. Budowane wokół niego napięcie działa również na nas. I to jeden z tych filmów, gdzie non stop kombinujemy, a może to on jest szpiegiem? A może to wszystko jest udawane? A może jemu się to śni? Albo został podpięty pod jakąś aparaturę ze sztuczną rzeczywistością?

Nie chcę za bardzo zagłębiać się w historię, bo przecież sama to odradzam. Ale obejrzeć warto. WARTO!

ON:

David Fincher zyskał miano reżysera kultowego i myślę, że na to zasłużył. Oczywiście nie “Alienem 3-cim”, w którym brakowało trochę kunsztu, ale to był w końcu jego debiutancki film pełnometrażowy. Nie też za sprawą średniego „Zodiaka”, czy też bardzo dobrego „Social Network.” Fincher stał się kultowym po „Se7en” oraz po „The Fight Club” Dzięki tym dwóm filmom, namieszał niezmiernie we współczesnej kinematografii. Dobra passa Pana F. się lekko wyczerpała. “Panic Room” był przeciętny, a „Dziewczyna z tatuażem” z winy studia została pocięta tak, że zgubiła cały swój klimatyczny urok. Może ukazanie się wersji reżyserskiej na BR to naprawi, może „The Killer” zapowiadany na 2013 znowu namiesza w premierach filmowych. Reżyser zaczynał od kręcenia reklam i teledysków dla naprawdę wielkich. Jego „Judith” wyreżyserowany dla „Perfect Circle” jest tak przesiąknięty filmem “Siedem”,  że to aż wycieka z ekranu.

W 1997 roku na światło dzienne wyszło jego kolejne dziecko, w którym zagrał Michael Douglas. Mowa o filmie „The Game.” To dość specyficzny thriller sensacyjny, w którym narracja zahacza o suspens, czasami tak bardzo, że sam Alfred Hitchcock nie powstydziłby się tego działa. Na napisach początkowych mamy okazję przejrzeć stare zdjęcia i filmy rodziny Van Orton. Widać na nich, że blichtr i przepych przeplatały się z ciężką pracą i sukcesem. Po napisach przyjdzie nam poznać głównego aktora tego przedstawienia – Nicholasa Van Ortona, kończącego 48 lat człowieka sukcesu. Ma on wszystko, czego pragnie każdy z nas. Pieniądze, szybkie auto, wspaniały dom, asystentkę i gosposię. Ma wszystko poza szczęściem. Jego była żona jest z nowym facetem „ginekologiem albo pediatrą, albo z ginekologiem-pediatrą.” Ich wspólne relacje są raczej bardzo chłodne. Kolejną osobą, która jest „bardzo blisko” z Nicholasem to jego brat Conrad. To nieudacznik, ćpun, kombinator, facet któremu z oczu źle patrzy. Liczba 48 nie kojarzy się bohaterowi jakoś wybitnie dobrze, bowiem w wieku 48 lat jego ojciec bawił się w „Supermana”, skacząc z dachu ich własnego domu. Tak więc skromne urodziny (hamburger domowej roboty + mufinek ze świeczką i butelka szampana) w towarzystwie włączonego telewizora to szczyt imprezowania w wydaniu Van Ortona. W całym dniu nie było by nic specjalnego, gdyby nie braciszek, który nalega na spotkanie. Na luchnu w burżujskiej restauracji, po wymianie kilku „uprzejmości” Conrad daje Nicholasowi prezent. Zaproszenie do specjalnej „gry.” Jakie są jej zasady oraz czego się może spodziewać – nie wie nikt. Gra dla każdego jest inna. Zimny, oschły biznesmen nawet nie zamierza skorzystać z karty otrzymanej od brata, ale „przypadek” sprawia, że ląduje w biurze firmy, która prowadzi tą tajemniczą grę. Od tej chwili przez następne kilka dni, jego świat stanie na głowie. Z bogatego, zadziornego biznesmena – Van Orton przerodzi się w zaszczute zwierzę, które starci praktycznie wszystko (a może i wszystko).

Film jest zrobiony perfekcyjnie. Mamy szybką akcję, przestój, zwrot akcji i znów pełną dynamikę. Nikt nie wydaje się być tym, kim powinien, każda osoba to potencjalny wróg, zagrożenie, a psychika bohatera jak i widzów naprawdę może być lekko nadwyrężona. „The Game” to jeden z lepszych filmów, jakie przyszło mi widzieć. I pomimo, iż pierwszy raz widziałem go 14 lat temu, to nic nie stracił na swojej świeżości.

Polecam, bo naprawdę warto. I jeszcze jedno nie czytajcie spojlerów, jeśli jeszcze nie mieliście okazji widzieć tego filmu, bo zepsujecie sobie całą zabawę.